Na obrzeżach miast zaczynają się pojawiać ptaki drapieżne, np. krogulce. Tendencje tę monitorują naukowcy z Instytutu Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

Zwierzęta ściąga dostępność pokarmu. Wyrzucane przez ludzi śmieci i niezabezpieczone śmietniki to pierwszorzędna stołówka. I choć dostępny w niej pokarm jest niskiej jakości, pozwala przeżyć w mieście łatwiej niż poza nim. Zwierzęta ciągną do miast także dlatego, że łatwiej tam o kryjówki i miejsca lęgowe. W terenie dzikim liczebność ptaków często ogranicza nie tyle dostępność pokarmu, co miejsce, gdzie można zbudować gniazdo — ukryte i zabezpieczone przed drapieżnikami. W miastach takich miejsc nie brakuje, są to szczeliny w murach, załomy, gęsto rosnące krzewy. Dlatego ptaki mogą tu żyć w znacznie większych zagęszczeniach, niż na terenach niezurbanizowanych.

W miastach łatwiej jest odchować młode, bo mniejsza jest presja drapieżników. W efekcie miejskie populacje zwierząt powiększają się szybciej, niż analogiczne grupy na terenach przyległych. I choć w miastach nie brak zagrożeń, takich jak ruch samochodowy czy koty, zwierzęta radzą sobie w nich znakomicie.

Sąsiedztwo dzikich zwierząt może być dla ludzi niebezpieczne, na przykład, dziki wychodzące do miast dużymi grupami mogą powodować wypadki komunikacyjne. Lisy, nietoperze albo inne ssaki mogą przenosić wściekliznę, ale jest to zjawisko marginalne. Choroba ta jest obecna w środowisku naturalnym, ale do narażenia człowieka dochodzi rzadko.

Obecność zwierząt w miastach bywa bardzo pożyteczna. Jerzyki, jaskółki, nietoperze zjadają miliony dokuczliwych much, komarów i meszek. Gdyby zlikwidować w miastach siedliska ptaków i nietoperzy, pojawi się plaga owadów.

—pap, Nauka w Polsce