Znał pan Edwarda Dwurnika?
Spotkaliśmy się kilka razy. Robiłem z nim wywiad, gdy zbierałem materiały do monografii o duecie artystycznym „KwieKulik”, czyli Zofii Kulik i Przemysławie Kwieku. Dwurnik przyjaźnił się z nimi zwłaszcza w latach 70., co było tematem naszej rozmowy. Z inicjatywy KwieKulik w 1977 r., powstało wielkoformatowe płótno „Październik 77”, na konkurs ZPAP z okazji 60. rocznicy wybuchu rewolucji październikowej. Obraz namalowali wspólnie z czwórką innych artystów: Danielem Wnukiem, Dorotą Gierzyńską, Teresą Gierzyńską i Edwardem Dwurnikiem właśnie. Przedstawia biegnących ku widzowi twórców. To była zbiorowa kreacja – każdy malował siebie według własnego uznania, starając się jednak, by powstała spójna całość z pozostałymi autoportretami. Ten obraz jest jedynym, który Dwurnik stworzył razem z kimś. Nie licząc, oczywiście, tych namalowanych z Polą, swoją kilkuletnią córką. W mojej kuratorskiej narracji „Październik 77” jest ważnym dziełem, bo powstał we wczesnej fazie twórczości bohatera opowieści. Wystawa „Duma i wstyd” opowiada o pierwszych, najciekawszych dla mnie dziesięcioleciach artystycznego dojrzewania Dwurnika. I pewnie też mniej znanych, bo zazwyczaj Dwurnika kojarzymy raczej z jego późniejszą twórczością, gdy został uznany i stał się popularny.
Co jest ciekawego w jego początkach?
Zawsze mnie fascynowało, skąd wzięła się u niego potrzeba artystycznej drogi, malowania. Był chłopakiem „znikąd”, jak o sobie mówił, dodając, że wywodził się z chuligańskiej, pełnej przemocy społeczności. I nie tylko, że pochodził z Radzymina, ale też że nikt w jego rodzinie nie był zainteresowany sztuką. A on na nią postawił, odważył się pójść na Akademię Sztuk Pięknych. Pasja malowania, rysowania zaprowadziła go na studia. Był pierwszą osobą w swojej rodzinie, która zdobyła wyższe wykształcenie.
Edward Dwurnik
Ale wcześniej został wylany z Liceum Plastycznego. Przypadkiem?
Wspominał, że za bijatyki i palenie papierosów. Był wtedy pomiędzy dwoma światami. Ciągnęło go do takich „męskich” wyczynów jak burdy, alkohol. Ciągle uczestniczył w jakichś chuligańskich wybrykach. Tym ciekawsze, że sięgnął po malarstwo, subtelny sposób przekładania swoich emocji czy też przemyśleń na płótno. Bardzo mnie interesuje, skąd się to w nim wzięło. Co ciekawe, będąc na Akademii, odrzucił rodzącą się wtedy sztukę awangardową, czyli nowe media, performanse. I to mimo że te właśnie dziedziny sztuki wydawały się wtedy najświeższe i najciekawsze. Awangardzie nie było po drodze z malarstwem, ale Dwurnik miał intuicję, by pozostać mu wiernym. Chciał posługiwać się medium, które będzie zrozumiałe dla jego rodziców. A właśnie malarstwo uważali za sztukę.
Tak duże znaczenie miało dla niego zrozumienie przez najbliższych?
Tak. W dodatku nie podobało mu się, że sztuka nowoczesna staje się coraz bardziej elitarna, oderwana od ludzi. A on chciał tworzyć dla nich, dla społeczeństwa. Uważał, że sztuka, malarstwo powinna być popularne i wyrażać ludzi, ich pragnienia. Wspólnotę. W tym sensie nie był egocentryczny. Rzadko też malował siebie.
Namalował około ośmiu tysięcy obrazów. Na wystawie jest ich 80 z około 500 tworzących dwa cykle, z których zbudowana jest wystawa „Duma i wstyd”. Dlaczego akurat na „Sportowcach” i „Robotnikach” koncentruje się prezentacja?
Ich wybór to kwestia chęci pokazania początków artysty – człowieka, a jednocześnie jednego z najwybitniejszych malarzy polskich XX wieku. I jego niezwykłej drogi. Siłą rzeczy bardzo interesujący jest kontekst lat 70., kiedy Dwurnik osiągnął pierwszy sukces, bo cykl „Sportowcy” przyniósł Dwurnikowi upragnione uznanie w oczach intelektualnych i artystycznych elit PRL-u. Ten cykl był próbą uchwycenia przekroju całej naszej zbiorowości lat 70. Nazwa serii liczącej 247 obrazów powstała nie tyle od zawodników uprawiających dyscypliny sportowe, co palaczy „Sportów”, popularnych, najtańszych w PRL-u papierosów, po które sięgało wielu i nie były to elity, a tzw. klasa robotnicza. Z drugiej strony, oni startowali w konkurencji zwanej awansem społecznym. Obrazy, które powstały, pokazują rozmaite strategie życiowe ludzi w tamtym czasie w Polsce. Nie było to pełne dystansu opisywanie społeczności, ale prowokowały go spotkania z konkretnymi ludźmi, którzy go w jakiś sposób zafascynowali i z tego powstawały obrazy. I chociaż są w tym cyklu także wątki autobiograficzne Dwurnika, to niejako „przy okazji”. Ten twórca prezentował spojrzenie, którego dziś brak współczesnym artystom myślącym przede wszystkim o sobie, portretującym własne historie. Z dzisiejszej perspektywy wygląda to tym piękniej, że dzięki takiemu myśleniu Dwurnika mamy odbicie w sztuce tamtego czasu, przeciętnych ludzi i spraw, którymi żyli. Żyjemy obecnie w mocno podzielonym społeczeństwie, więc jesteśmy zainteresowani najwyżej swoją własną bańką. Dwurnik malował całość. Chciał, żeby wszystkie grupy społeczne mogły się odnaleźć w jego malarstwie. By było to malarstwo scalające wspólnotę.
Edward Dwurnik, I like this snow
Edward Dwurnik, I like this snow (z cyklu „Obrazy duże), 1980
Malując w latach 80. „Robotników” myślał o polityce?
W latach 80. wszystko było polityczne, a Dwurnik w swojej twórczości odbijał doświadczenia przeciętnego obywatela tego kraju. Reagował bardzo emocjonalnie na wydarzenia. Malował szybko w reakcji na świat, przez pryzmat sytuacji, które widział, w których uczestniczył. Prowokowały go zetknięcia z ludźmi, tak jak w cyklu „Sportowcy”. „Robotnicy” byli reakcją Dwurnika na stan wojenny i pogłębiające się pękanie społeczeństwa – narastający konflikt między komunistycznymi elitami i klasą robotniczą. Zróżnicowana zbiorowość, którą artysta portretował w „Sportowcach”, przekształciła się w antagonistyczne grupy społeczne.
Na wystawie pokazujemy także obrazy z lat 90., kiedy Dwurnik miał już mocną pozycję artystyczną na naszym rynku. Kiedy osiągnął, w jakimś sensie, to, o czym marzył. Był popularny i mógł malować, co chciał. Od lat 90. nastąpiło wyhamowanie w jego twórczości. Budzące emocje tematy ustąpiły miejsca refleksyjnym albo po prostu dekoracyjnym.
Dwurnik prezentował spojrzenie, którego dziś brak współczesnymi artystom myślącym przede wszystkim o sobie, portretującym własne historie.
W rozmowie z Elżbietą Dzikowską w 2011 roku Dwurnik powiedział: „Pod moje malarstwo podłącza się wielu ludzi. Tak je interpretują, jak im się podoba. I chcieliby mnie nagiąć do swojego myślenia. Są to reprezentanci pewnych grup politycznych, społecznych, towarzyskich”. Zgadza się pan z tym?
Tak. Słuszne stwierdzenie.
Edward Dwurnik, Niech żyje wojna
Edward Dwurnik, Niech żyje wojna, 1991
To znaczy, że ta wystawa próbuje się zdystansować od takiej postawy i nie zapisywać Dwurnika do żadnego sposobu myślenia?
Tak, tu chodzi o pokazanie jego osobistego losu. Portretował siebie w przeżyciach tych, których malował. Nigdy nie wszedł w rolę wieszcza, bo nie chciał. I nic nie zmieniło uznanie, że jest już wielkim artystą malarzem. Nie chciał być napompowany, pomnikowy. Wolał być sobą, podążał własną ścieżką. Nie przestał rozumieć ludzi, z których wyszedł. Nie czuł się od nich lepszy. Chociaż osiągnął sukces i żył w wielkim mieście, nie zmieniło go to jako człowieka. Wielokrotnie w latach 80. był atakowany zwłaszcza przez polską inteligencję za swój sposób myślenia o świecie. Chodziło o jego udział w kilku reżimowych wystawach w stanie wojennym, na które się zgodził, żeby wziąć udział w przeglądzie sztuki Documenta 7 w Kassel w 1982 r. To była prestiżowa impreza, a on został na nią zaproszony, miał wtedy czas swojej największej międzynarodowej kariery. Chciał dostać paszport i móc wyjechać, po prostu. Trzeba przypomnieć, że Dwurnik na Zachodzie wciąż malował niewygodne dla władzy tematy.
W malarstwie deklarował wielokrotnie, że za swojego mistrza uważa Nikifora, co znajduje odbicie w wielu jego obrazach. Ale też inspirował się wielkim malarstwem wielkoformatowym – realistycznym i historycznym. Czyim?
Odnosił się do Jana Matejki, który wyobrażał ważne dla Polaków sceny z naszych dziejów. Dwurnik, malując wielkoformatowe obrazy, chciał opowiedzieć o scenach z życia przeciętnych ludzi, tak jak narada produkcyjna, spotkanie na przystanku. Żeby pokazać, że małe historie są równie ważne jak wielka historia. Był jeszcze na studiach, kiedy w 1965 r. zainspirował się Nikiforem. Od razu wyruszył w Polskę, bo chciał namalować wszystkie miasteczka. Stąd jego cykl „Podróże autostopem. Portrety miasta”. Był autentyczny w swoich odczuciach, niczego nie udawał.
Edward Dwurnik, Klęska urodzaju
Edward Dwurnik, Klęska urodzaju ( z cyklu „Obrazy duże), 1975
Szczególnie istotne obiekty na wystawie?
Sześć wielkoformatowych przestrzennych męskich głów, które były dotąd pokazywane tylko za granicą – we Francji i w Holandii. Dwurnik stworzył je w czasie rezydencji w Niemczech Zachodnich w 1984 r.. Zostały wykonane z metalowej siatki i oklejone płótnem, a następnie pomalowane. Jestem też dumny ze sposobu prezentacji cyklu „Sportowcy”, który pokazujemy w grupie – jako fresk, a nie – odrębne obrazy. Tak właśnie Dwurnik pokazał tę serię w Stuttgarcie, co dowodzi, że myślał o niej jak o portrecie całego społeczeństwa.
Dlaczego na wystawie znajduje się też cykl obrazów Patryka Różyckiego?
Chcieliśmy opowiedzieć lata późniejsze, kiedy Dwurnik był już gdzie indziej. 34-letni Patryk Różycki w sposób radykalny opowiada historie swojej rodziny, która doświadczyła i wciąż doświadcza dziejącej się na naszych oczach transformacji. Staje się to rodzajem komentarza, który nazywaliśmy interwencją artystyczną „Transformacja”. Interesowała nas aktualna sztuka społecznie zaangażowana w malarstwie. Też osobista. I taka jest u Różyckiego.
Nie tylko jest pan kuratorem, ale także reżyserem, który tematy swoich filmów czerpie z biografii poszczególnych artystów. Na wrocławskim Festiwalu Nowe Horyzonty odbyła się retrospektywa pańskiej twórczości. Pokazany został też przedpremierowo ostatni film „Powiedz mi, co czujesz” inspirowany m.in. życiem i twórczością Patryka Różyckiego, właśnie. Nakręciłby pan film o Edwardzie Dwurniku?
Kręcę filmy tylko o żyjących artystach, a bohater mojej wystawy nie żyje od ośmiu lat. Ale z pewnością jego życie i twórczość są interesującym materiałem na wielowątkową filmową opowieść.
Wystawa „Duma i wstyd” Edwarda Dwurnika, jednego z najwybitniejszych polskich malarzy XX w., koncentruje się na wczesnym etapie jego twórczości – w latach 70. i 80. Z około 500 obrazów, które wówczas powstały, na wystawie jest 80. Wystawa w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie czynna od 31 lipca do końca lutego 2027 r.