Dla borykającej się z kłopotami finansowymi Metropolitan Opera taki frekwencyjny sukces to znakomita wiadomość. Dyrekcja zdecydowała się więc na wyjątkowy krok i niedawno postanowiła dodać w nagłym trybie jeszcze jedno przedstawienie w kwietniu, na które bilety także już się sprzedały. Rzecz to doprawdy wyjątkowa, bo chodzi o jedno z największych dzieł w historii – pięć godzin porywającej, ale trudnej muzyki Richarda Wagnera. A ponadto „Tristana i Izoldę” zaprezentowano w nieoczywistej, supernowoczesnej inscenizacji amerykańskiego reżysera Yuvala Shanona.
Publiczność Metropolitan ma natomiast bardzo tradycyjny gust. Kiedy w 2024 r. na tej scenie pokazano „Carmen” z akcją przeniesioną na dzisiejsze pogranicze meksykańsko-amerykańskie z przemytnikami oraz sceną miłosnych zalotów na stacji benzynowej, protesty były tak liczne, że dyrekcja teatru postanowiła wrócić do dawnego, konwencjonalnego wystawienia tej tak bardzo popularnej opery.
„Tristan i Izolda” w gigantycznej migawce fotograficznej
Tymczasem Yuval Shanon potraktował „Tristana i Izoldę” niemal jak traktat filozoficzny, oprócz tytułowych bohaterów wprowadzając ich nieme sobowtóry. Pokazuje świat realny, konkretu oraz świat iluzji i rytuału, woli i pragnień, nieznajdujących jednak odzwierciedlenia w działaniu. Całe proscenium zajmuje imponująca scenografia przedstawiająca rodzaj migawki fotograficznej, która otwierając się wprowadza bohaterów (lub ich fantomy) w głąb sceny i zdarzeń. Na to nakładają się pełne zaskakujących symboli wizualizacje.
Nie wszyscy w pełni zaakceptowali koncepcję Yuvala Shanona, ale nawet jeśli pojawiły się w recenzjach uwagi krytyczne, nikt nie neguje oryginalności jego pomysłów.