Reklama

Diabeł uwięziony w materii

W latach 60. polska współczesna sztuka odnosiła największe światowe sukcesy. Przypominają je letnie wystawy

Publikacja: 13.07.2010 19:06

Henryk Błachnio

Henryk Błachnio

Foto: Galeria Gaga

Zobacz wirtualny spacer po wystawie (na całym ekranie)

Fot. Waldemar Kompała

Sterowanie panoramą:

klawisz Shift - zbliżanie, klawisz Ctrl - oddalanie, klawisz myszy - przesuwanie i obracanie; żeby przejść do następnego pomieszczenia trzeba kliknąć dwa razy w przejście i chwilę poczekać

Zobacz inne wirtualne spacery

Reklama
Reklama

Jan Lebenstein, rocznik 1930; Rajmund Ziemski, rocznik ten sam; Henryk Błachnio, starszy od nich o osiem lat, ale dyplomowany w tym samym czasie na warszawskiej ASP, w połowie lat 50.

Zbuntowane chłopaki, takie Jamesy Deany PRL-u. Jedli kit, kiszone ogórki i popijali wódką. Mierzyli się z tym, o czym nie mieli pojęcia – ze sztuką Zachodu.

Po półwieczu spotykają się w warszawskich galeriach: w Zachęcie (duet Lebenstein/Ziemski) i stołecznej galerii gaga (Błachnio). Ta mini-panorama pozwoliła mi spojrzeć wstecz, na lata 60. Na lata ich marzeń i wyobrażeń.

 

 

Działali w najtrudniejszych czasach: dzieciństwo znaczone wojną, młodość – biedą i szokiem ustrojowym; wczesna samodzielność sparaliżowaną socrealizmem… Mimo to właśnie oni, pokolenie dzisiejszych osiemdziesięciolatków, otworzyło Polsce drogę do światowych muzeów i galerii. Na przekór żelaznej kurtynie. Ten cud zdarzył się dzięki wejściu na scenę wybitnych indywidualności, którym ograniczenia socjalizmu (to było dopingiem) dodawały ognia.

Reklama
Reklama

Lata 60. w PRL-u były przedziwne – iluzja luzu, entuzjastyczne odkrywanie nowoczesności czy raczej wyobrażeń o tejże.

U szczytu mody znalazło się malarstwo materii, gestu, emocji. Pollock już dawno nie żył (zginął w wypadku w 1956 r.), kiedy nasi jego wzorem zaczęli chlapać i rozlewać farbę na płótnach. Wprawdzie nie mieli szans wziąć solidny rozmach (mieszkania mieli mikroskopijne, gomułkowskie); nie stać ich było na hektary płócien; tandetne farby uszlachetniali kaszą, piaskiem, gipsem i sobie tylko znanymi sposobami.

 

 

Heroizm tamtych „awangardystów” jest wzruszający. Wykreowali sztukę materii odmienną, niż twórcy z zasobniejszych krajów. Połączyli sprzeczności: witalność i obumieranie. Rozkosz, zmysłowość i cmentarz. Radość życia – a z drugiej strony, czerw toczący padlinę, skorupa, trup.

Chyba nigdy potem nie powstało malarstwo tak dynamiczne i spontaniczne. Sprawiające wrażenie żywych organizmów i zarazem tkanki w trakcie rozkładu. Kiedy przeglądam wczesne dokonania Ziemskiego i Lebensteina (byli w jednej pracowni Nacha-Samborskiego) zdumiewają mnie podobieństwa w ich sztuce. Nie dotyczy to zresztą tylko tej dwójki, grono można rozszerzyć: Tchórzewski, Kobzdej, Tarasin, Paklikowska-Winnicka… Wszyscy oni czcili demona materii i… w zawoalowany sposób przyznawali się do wiary w Najwyższego.

Reklama
Reklama

 

 

Lebensteina wykreślono z PRL-owskiej historii sztuki po nielegalnej emigracji – zdobywca Grand Prix na paryskim Biennale Młodych 1959 nie wrócił do ojczyzny. Zatrzymał się nad Sekwaną, związał ze środowiskiem emigrantów i paryską „Kulturą”. Dopiero po 1989 roku poznawaliśmy jego twórczość. Po śmierci Lebensteina w 1999 kontakty z jego sztuką jeszcze się nasiliły. Najpierw były „Etapy”, wystawowe tournée; dwa lata temu w Muzeum Literatury pokazano „Demony”. Teraz znów Zachęta, „Warszawa/Paryż. Prace z lat 1965- 1972”

Za każdym, kiedy oglądam obrazy Lebensteina, mam wrażenie, że oglądam elementy rozsypanego puzzla. Bo wciąż pojawiają się nieznane dotychczas szkice czy rysunki. Do pokazu w Zachęcie wypożyczono eksponaty z prywatnych kolekcji, często wystawiane publicznie po raz pierwszy.

Najważniejsze są „Figury osiowe”. Koncepcja rewelacyjna na tamte czasy, choć jednocześnie – bardzo w duchu poodwilżowej epoki. Ulepione z masywnej, półrzeźbiarskiej materii tajemnicze formy. Mroczne w barwach i nastroju. Ani abstrakcje, ani figuralne. Na pewno organiczne. Przywodzące na myśl skamieniałe szczątki dawno obumarłych organizmów. Z tej tkanki powstały kobiety-wampy i kobiety-modliszki, adorowane przez satyrów o tępych koźlich obliczach; z tej gliny artysta ulepił dziwaczne, prehistoryczne stwory. Ale na ostrą erotykę Lebenstein pozwalał sobie tylko w rysunkach, zapełniających intymne kajety. Też obecnie do wglądu.

Reklama
Reklama

Rajmund Ziemski wydawał się mało zainteresowany seksem (w malarstwie). Jego na pozór nieprzedstawiające, biologiczne obrazy wywodziły się z pejzaży, ze szkicowo ujętej roślinności. Niektóre, wykonane w latach 60., mają wkomponowane w nieprzedstawiającą strukturę… oczy. Śledzą nas, osądzają. Nie są nieświadomym bytem. Zadają pytania o miejsce we wszechświecie.

 

 

Na tym tle Henryk Błachnio, rocznik 1922, zajmuje pozycję osobną. Starszy, ale biograficznie powiązany z wymienionymi. Dyplomu bronił w 1954 roku na warszawskiej ASP – tak jak Lebenstein. I jak młodsi koledzy, debiutował na słynnej wystawie Arsenał ’55.

Błachnio ani nie emigrował ani nie zabłysnął. Wystawiał (i tak jest nadal) z oporami, rzadko. Nawet po otrzymaniu nagrody im. Cybisa (1993 r.) protestował przeciwko tradycyjnemu, związanemu z tym honorem pokazowi.

Reklama
Reklama

Jakim cudem doszło do ekspozycji w stołecznej galerii gaga, pozostanie tajemnicą kuratorów. Tytuł „Intymnie” podpowiada, że mamy do czynienia z pracami mniej oficjalnymi. I rzeczywiście. W roli głównej – seks. Wcale nie kamuflowany. Nieraz wulgarny, lecz jednocześnie zabawny, rubaszny, jak u Rabelais’go. Autor nazywa swoje drobne ero-obrazki „frywolkami”. Dokładnie nie wiadomo, kiedy zabrał się za ten śliski temat, ale pod koniec lat 60. miał już w tym zakresie spore doświadczenie.

Świntuszył z pełnym wyrachowaniem. Z czytelną anegdotą. Jakby ilustrował literaturę przedmiotu: Boccacia, Brantome’a, de Sade’a, Casanovę, Paulinę Reage („Historia O”).

Ale Błachnio nie inspiruje się żadną konkretną prozą. Raczej tworzy wizualny konglomerat różnych aspektów wyuzdania. Z miłości fizycznej czyni świątynię; z kobiety – ołtarz. Uwielbia damskie wampiry, których intymne organy stanowią niebezpieczną broń. Adoruje demony seksu – takie, co obsłużą pułk wojska i nie poczują (jak pani z pięcioma nogami i czterema otworami pomiędzy nimi). Pali się do niewiniątek, wyznających na spowiedzi grzechy z jednoczesną demonstracją diabła za skórą (o, tu, proszę ojca, czart siedzi – zdaje się mówić panna, obnażająca przed spowiednikiem biuścik i udko). Współczuje ulicznicom, sprzedającym wdzięki pod latarnią (widzi czyhającą na nie śmierć). A wszystko to ulepione z materii ziemskiej. W gruncie rzeczy – tożsamej z tkanką z obrazów Lebensteina i Ziemskiego. Przecież ukształtowały ich te same doświadczenia.

 

 

Reklama
Reklama
Kultura
Słowacki Trenczyn Europejską Stolicą Kultury 2026
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Kultura
Bożena Dykiel. Od nimfy na Hondzie do lokatorki z domu na Wspólnej
Kultura
Nie żyje Bożena Dykiel
Kultura
Sztuka i biznes. Artyści na jubileusz Totalizatora Sportowego
Materiał Promocyjny
Ikona miejskiego stylu życia w centrum Gdańska
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama