* * * * * *
Dead Can Dance,
„Anastais", [pias]
Recordings
"We are the children of the sun/Our journey's just begun" – grobowym głosem śpiewa Brendan Perry w pierwszym utworze płyty. To wciąż podniosłe, tajemnicze, wolno płynące pieśni, które najlepiej wybrzmiewałyby w katedrach i kościołach. Jednak dzisiaj w muzyce Dead Can Dance więcej jest elegancji, elementów word music, dopieszczonego – czasem zbyt sterylnego – brzmienia niż gotyckiego mroku i drapieżności.
DCD nową płytą zabiera słuchacza w głąb siebie. Co prawda w „Children of the Sun" końcowa faza melodeklamacji przywodzi na myśl psychodeliczny klimat „ e End" e Doors, ale tak naprawdę to elegijna pieśń, która równie dobrze mogłaby znaleźć się na ostatnim solowym albumie Perry'ego. Podobnie jak bajkowa, przepełniona smutkiem i kruchością „Amnestia" czy posępne hipnotyczne „Kiko". Mam wrażenie, że Perry nigdy nie śpiewał jeszcze tak pewnie i czysto. Jego głos ma w sobie medytacyjny spokój, ale też wciąż sporo w nim smutku i mroku. Głos Lisy słychać w pełni dopiero na „Anabasis". Są tutaj śpiew ptaków, etniczne brzmienia, natchnione wokalizy i znacznie więcej światła niż w utworach śpiewanych przez Brendana. Więcej ciepła, blasku i mistycyzmu jest również w orientalnym „Agape".
Każda z kompozycji brzmi, jakby nie został stworzona, a może i nagrana wspólnie przez Brendana i Lisę (z drobnymi wyjątkami artyści nawet nie śpiewają razem w tych samych utworach). Ma się wrażenie, jakby oboje skleili swoje perfekcyjne monumentalne dzieła w jeden wspólny album. Jakby „Anastasis" nie zrodziła się z chemii i twórczej magii, jaka dawniej dotyczyła tej dwójki, składając się na niepowtarzalne brzmienie DCD. Do takich jednak szczegółów może doczepić się tylko wierny wyznawca duetu. „Anastasis", to piękny uduchowiony album, który przeżywa się od pierwszej do ostatniej sekundy. Oczywiście duet wykonuje na nim również starsze pieśni, ale też i „Song to the Siren" Tima Buckleya – cudo, które Lisa tak pięknie zaśpiewała wiele lat temu na płycie is Mortal Coil...