W Krakowie nie ma kapłana, który nie znałby doktor Wandy Półtawskiej. Większość z nich pamięta z seminarium jej wykłady z medycyny pastoralnej, gdy z pasją mówiła o złu, jakim jest aborcja, i o naturalnych metodach planowania rodziny.

Odkąd kilkanaście dni temu włoskie media dostrzegły wydaną w Polsce już w lutym jej książkę „Beskidzkie rekolekcje” opisującą dzieje jej głębokiej, duchowej przyjaźni z Karolem Wojtyłą, usłyszeli o niej wszyscy zainteresowani procesem beatyfikacyjnym Jana Pawła II.

Kard. Stanisław Dziwisz ma do Wandy Półtawskiej żal, że opublikowała prywatne listy Jana Pawła II zamiast zachować je dla siebie, podobnie jak zrobiły to inne bliskie papieżowi osoby. W wywiadzie dla „La Stampy” zarzucił jej, że rości sobie prawo do „wyjątkowości relacji i szczególnej więzi” z Janem Pawłem II, których w rzeczywistości nie było.

– Oczywiście, że sobie roszczę, ponieważ ja jedna i mój mąż znaliśmy go 55 lat, więc mamy prawo – odpowiedziała kardynałowi Półtawska, również za pośrednictwem mediów.

– Zawsze była bardzo energiczna, stanowcza i władcza. A do tego szalenie pracowita – mówi Marek Skwarnicki, poeta i dziennikarz z kręgu przyjaciół Karola Wojtyły.

– Papież był do niej przywiązany, a ona do papieża. Tylko że takich przywiązanych do Jana Pawła II, jego ulubieńców, było w Krakowie znacznie więcej. Ale ona wyskoczyła ze swą książką i stało się o tym głośno. To wynika z jej charakteru. Zawsze musiała być najlepsza.

[srodtytul]Brat Karol[/srodtytul]

Ks. Karola Wojtyłę poznała najprawdopodobniej w 1950 roku. 29-letnia Półtawska, studentka medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim, z czasem specjalizująca się w psychiatrii, szukała kapłana, z którym mogłaby się podzielić swoim niepokojem. Weszła do kościoła Mariackiego, uklękła przy konfesjonale. I, jak twierdzi, od razu wiedziała, że wróci jeszcze do tego księdza, bo on, jak żaden dotychczas, ją rozumie. Jednak dokładna data tego spotkania, a nawet rok, w jej wspomnieniach nie pada, co pokazuje, że nie przeczuwała jeszcze, jak ten moment zaważy na jej życiu. Na zakończenie spowiedzi ksiądz, późniejszy papież, powiedział: „Przyjdź rano na mszę św., przychodź co dzień”.

Źródłem niepokojów, które długo nosiła w sobie, była wojna. Gdy wybuchł konflikt, mieszkała w Lublinie. Była zdolną 18-latką, której wszystko było wolno, absolwentką szkoły urszulanek. Jako harcerka włączyła się w konspirację – została łączniczką Związku Walki Zbrojnej. W lutym 1941 r. aresztowało ją gestapo. Przeszła przez hitlerowską kaźń w zamku w Lublinie, a następnie na cztery lata trafiła do obozu koncentracyjnego dla kobiet w Ravensbrück. Była królikiem doświadczalnym. Jedną z kobiet, na których dokonywano bestialskich eksperymentów – podczas operacji wstrzykiwano w nogę bakterie groźnych chorób zakaźnych.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

„Śmierć po operacji albo egzekucja – tak czy inaczej czekała nas śmierć” – notowała w książce pamiętniku „I boję się snów”, który spisała po wyjściu na wolność w czerwcu i lipcu 1945 roku. „I zaraz po pierwszej nocy stwierdziłam rzecz przerażającą: codziennie, a raczej co noc, śnił mi się Ravensbrück – przy tym jaskrawość snów i jakaś olbrzymia ich plastyczność sprawiały, że nie można było odróżnić, czy to sen czy dalszy ciąg obozu (...). Wreszcie napięcie tych nocy tak wzrosło, że po prostu przestałam się kłaść: nie mogłam znieść snów o obozie...” – pisała we wstępie do pierwszego wydania książki, która w druku ukazała się w 1961 roku. Po napisaniu pamiętnika obozowe sny przestały ją dręczyć. Pojawiały się już tylko w chwilach wielkiego zmęczenia.

– To jest bardzo silna kobieta – mówi bp Tadeusz Pieronek, który po wielu latach od lektury wciąż jest pod wrażeniem tej książki. – Trzeba pamiętać, że obóz koncentracyjny odciska się na charakterze bardzo mocno.

Ks. Wojtyła o tym, że jego znajoma była więźniarką Ravensbrück, dowiedział się dopiero po kilku latach znajomości. Powiedział mu o tym mąż Półtawskiej, Andrzej, dzisiaj profesor filozofii, za którego wyszła w 1948 r. Półtawski usłyszał wtedy od Wojtyły: „A to za mnie”. – On był wrażliwy na cierpienia osób, które doświadczyły obozów koncentracyjnych i wojny, ponieważ uważał, że cierpiały za niego – mówił Andrzej Półtawski podczas prezentacji książki „Beskidzkie rekolekcje”.

Od tego momentu Półtawska poczuła w kontaktach z Wojtyłą „nowy, nieznaczny, a jednak wyraźny” akcent ciepła, jakby echo głosu zmarłego ojca.

[wyimek]Ks. Karol Wojtyła o tym, że Półtawska była w Ravensbrück, dowiedział się dopiero po kilku latach znajomości od jej męża [/wyimek]

Ksiądz, potem biskup, wreszcie kardynał Wojtyła stał się jej przewodnikiem duchowym. Codziennie rano biegła na mszę św., w ciągu dnia, zajęta pracą zawodową i domem, w którym czekały na nią cztery córki, rozmyślała nad tekstem z liturgii, który on wybierał, a wieczorem wspólnie go omawiali. Gdy spotkanie było niemożliwe, ona swoje rozmyślania spisywała, a on potem je czytał, robił na marginesach uwagi. Swoją relację nazwali tak, jak się do siebie zwracali: siostra – brat. Wojtyła tytułował listy: „Kochana Dusiu, Drogi Andrzeju”, i podpisywał „Br” – w skrócie brat. Także wtedy, gdy został papieżem. Dzieci Półtawskich mówiły do niego „wujku”.

[srodtytul]Życie darowane po raz drugi[/srodtytul]

Umocnieniem przyjaźni była choroba Półtawskiej. W 1962 r. wykryto u niej nowotwór piersi. Lekarze dawali tylko 5 proc. szans na przeżycie. Bp Wojtyła, który przebywał akurat w Rzymie na pierwszej sesji Soboru Watykańskiego II, napisał do o. Pio list z prośbą o modlitwę w jej intencji. List wysłany z Rzymu nosi datę 17 listopada. W następnym, z 28 listopada, bp Wojtyła pisał: „kobieta z Krakowa w Polsce, matka czterech córek, dnia 21 listopada, jeszcze przed operacją chirurgiczną, niespodziewanie odzyskała zdrowie. Bogu niech będą dzięki. Także Tobie, Wielebny Ojcze, serdecznie dziękuję w imieniu jej własnym, jej męża i całej rodziny”.

Półtawska długo nie chciała dopuścić do siebie myśli, że to był cud. Ale z czasem to właśnie świadomość po raz drugi darowanego jej życia stała się motorem jeszcze większej aktywności w dziedzinie obrony życia nienarodzonych. To również łączyło ją z Wojtyłą. Jej zaangażowanie w ochronę życia jest także efektem tego, czego była świadkiem w obozie – upodlenia człowieka i mordowania noworodków.

Dr Półtawska przez kilkanaście lat z pracą w Klinice Psychiatrycznej Akademii Medycznej w Krakowie łączyła wykłady z medycyny pastoralnej na Papieskiej Akademii Teologicznej (prowadziła je od 1955 roku). W 1967 r. z inicjatywy kard. Wojtyły utworzyła na PAT Instytut Teologii Rodziny, którym kierowała do 1999 roku. Jednocześnie pracowała w poradniach rodzinnych, małżeńskich, dla młodzieży. Jeździła po Polsce z wykładami, zapraszana była do seminariów.

Jeden z księży, który skończył seminarium duchowne w latach 80., opowiada, że niektórych kleryków bulwersowało, jak pani doktor w sposób bardzo otwarty i bezpruderyjny mówiła o sprawach seksu i pożycia małżeńskiego. Wyjaśniała na przykład, że stosunek przerywany może doprowadzać do groźnych nerwic.

– Potem doceniliśmy to, co nam mówiła, bo bardzo to się nam przydało w rozmowach w konfesjonale – opowiada duchowny.

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który też był słuchaczem dr Półtawskiej, napisał w blogu: „Pani profesor znana była ze swojego trudnego charakteru (który był tłumaczony jej przejściami w obozie koncentracyjnym), a także z ogromnych wpływów, jakie miała wśród naszych przełożonych. Doświadczył tego jeden z moich starszych kolegów, który jako diakon ostatniego, szóstego roku zakpił sobie na wykładzie z jednej ze wspomnianych metod (naturalnego planowania rodziny – red.). Kosztowało go to bardzo wiele, bo wykładowczyni poszła na skargę do rektora, w wyniku której owemu koledze wstrzymano święcenia kapłańskie, które miały być już za miesiąc. Święcenia te przyjmował on w pojedynkę dopiero w następnym roku, i to na dodatek nie w katedrze z rąk metropolity, ale w kaplicy seminaryjnej z rąk biskupa pomocniczego”.

[srodtytul]W kapciach w pałacu[/srodtytul]

– Kardynał Wojtyła bardzo ją cenił, bo ma niesamowity charakter. Zawsze mówiła mu prosto w oczy to, co myśli, bez wazeliny. Nawet to, czego inni bali się mówić – twierdzi ks. Isakowicz-Zaleski.

Miała na pewno ku temu okazje. Wtedy gdy w latach 80. przyjeżdżała do Rzymu na wykłady w Instytucie Studiów nad Małżeństwem i Rodziną im. Jana Pawła II przy Papieskim Uniwersytecie Laterańskim, na spotkania członków Papieskiej Rady ds. Rodziny, Papieskiej Akademii Życia „Pro vita”, ekspertów Papieskiej Rady dla Pracowników Służby Zdrowia. Albo wtedy gdy z mężem, córkami i wnukami (ma ich ośmioro) odwiedzała Jana Pawła II w Watykanie i w Castel Gandolfo. Była przy nim w klinice Gemelli po zamachu 13 maja 1981 roku i niedługo przed śmiercią w 2005 roku.

– O szczególnym charakterze tej przyjaźni świadczy choćby to, że gdy inne osoby, odwiedzające papieża w czasie wakacji w Castel Gandolfo mieszkały w domu sióstr, Półtawska z rodziną w Pałacu Apostolskim – mówi o. Stanisław Tasiemski, dominikanin. Półtawska przełamywała schematy. Podobnie jak Karol Wojtyła, który utrzymywał bliskie, przyjacielskie relacje z wieloma świeckimi, w tym z kobietami.

Ale wielu musiało razić, gdy w kapciach schodziła na mszę św. do prywatnej kaplicy papieża w Pałacu Apostolskim. I wtedy gdy informowała o sprawach, które kuria chciała ukryć.

– Dr Półtawska odegrała fundamentalną rolę w sprawie odsunięcia z funkcji abp. Juliusza Paetza – wspomina poseł PO Jarosław Gowin, który wspierał poznańskich księży w ujawnieniu sprawy molestowania kleryków przez ówczesnego metropolitę. – Zawiozła do Rzymu i przedstawiła papieżowi dokumenty, które wcześniej nie mogły do niego dotrzeć. To spowodowało wysłanie do Poznania komisji papieskiej.

Gdy decyzje w sprawie abp. Paetza wciąż blokowała kuria rzymska, Półtawska znów pojechała do Rzymu. – Nie chciano jej dopuścić do Jana Pawła II. Krążą legendy, że energicznie odsunęła gwardzistów szwajcarskich i przedarła się do papieża – mówi Gowin.

Czy interweniowała u papieża także w innych sprawach? Zazwyczaj dobrze zorientowany watykanista Andrea Tornielli z „Il Giornale” twierdzi, że robiła to w listach, gdy wiedziała, że wśród kandydatów na biskupa byli księża mający problemy ze sferą seksualną. I to – jak twierdzi – mogłoby być trudne dla otoczenia papieża w przypadku publikacji pozostałych listów.

– To są dziennikarskie insynuacje – ripostuje o. Tasiemski zaprzyjaźniony z Półtawskimi.

Faktem jest jednak, że pani Wanda nie znalazła się na pierwotnej liście świadków w procesie beatyfikacyjnym. Została przesłuchana przez trybunał w Rzymie dopiero na jej wyraźne życzenie.

Wczoraj spekulacje na temat wpływu książki Półtawskiej na proces beatyfikacyjny dementował Joaquin Navarro-Valls. Były dyrektor biura prasowego Stolicy Apostolskiej w wywiadzie dla dziennika „Il Sole-24 Ore” stwierdził, że wyklucza „na tysiąc procent, aby miała ona wpływ na decyzje papieża”. Dodał, że Benedykt XVI może w każdym momencie wyznaczyć datę beatyfikacji Jana Pawła II.

Półtawska swoją energię wykorzystywała także poza zasadniczą sferą zainteresowań. Przez dziesięć lat była radną Krakowa (mieszka w samym centrum miasta, przy Brackiej). W kampanii wyborczej do samorządów w 1998 roku poparła burmistrza Zakopanego Adama Bachledę-Curusia, mocno atakowanego przez lokalną opozycję za autokratyczne rządy.

Zaangażowała się także w akcję umieszczenia tablicy upamiętniającej tragedię Polek w obozie w Ravensbrück.

Była członkiem Zespołu Wspierania Radia Maryja.

Mimo 88 lat wciąż jest bardzo aktywna. – Niewątpliwie ma wielkie zacięcie apostolskie – mówi bp Pieronek. – I wciąż jeździ po świecie z wykładami.

Dr Półtawska wywiadów nie udziela, dziennikarzy unika, ale wciąż publikuje teksty, w których zajmuje się promocją obrony życia nienarodzonych.

Jednak drugiego tomu „Beskidzkich rekolekcji” nie ogłosi. Mówiła o tym podczas premiery książki. Jeszcze zanim o publikacji dowiedzieli się Włosi.