[b]Rz: Co pan czuł, gdy przez wiele godzin nie było wiadomo, czy dostał się pan do Strasburga?[/b]

Wojciech Olejniczak: Nic, bo byłem pewny mandatu. To TVN 24 rozpętał histerię wokół mojej osoby. Próbowałem tłumaczyć dziennikarzom: panowie, nie idźcie tą drogą. Nie posłuchali mnie. W efekcie wysłuchałem wielu mów pogrzebowych na swój temat. Jedne, jak Leszka Millera, były uszczypliwe, inne – np. Aleksandra Kwaśniewskiego– pełne troski. Dostałem też wiele esemesów ze słowami otuchy, żebym się nie martwił. Najfajniejszy był moment zmartwychwstania, bo wyobraziłem sobie miny tych wszystkich, którzy mnie pochowali.

[b]Trochę nerwów jednak było, skoro przed wieczorem wyborczym poszedł pan z żoną do kina.[/b]

To kino wyszło przypadkiem. W niedzielę rano przyjechali do mnie rodzice i znajomi, dom był pełen ludzi, wszyscy razem poszliśmy głosować. Wieczorem wszyscy się rozjechali i nie bardzo wiedzieliśmy z żoną, co robić dalej, bo wieczór wyborczy zaczynał się dopiero o 22. Wtedy zadzwonił Jerzy Szmajdziński i powiedział, że idzie do kina. Oboje z żoną, nie zastanawiając się, wsiedliśmy do taksówki i też pojechaliśmy do kina. Film był ciekawy, o amerykańskich politykach, dziennikarzach i wojnie w Iraku, więc nie żałuję.

[b]A jak pan ocenia wynik SLD – UP? 12 proc. chyba nie zachwyca?[/b]

12 proc. to nie jest powód do zadowolenia. Gdy w 2007 roku w koalicji z LiD zdobyliśmy 13 proc. głosów, Grzegorz Napieralski, wówczas sekretarz generalny SLD, stwierdził, że to nie jest wynik satysfakcjonujący. Ja dzisiaj mówię to samo. Takie poparcie to jest stan, w którym pozostajemy od kilku lat i dłużej nie powinniśmy, bo on grozi zawałem. Czas na poważne rozmowy, bo na cud nie ma co liczyć. Fakt, że nie ma już konkurentów na lewicy, to z jednej strony dobrze, a z drugiej – źle. Do tej pory mogliśmy liczyć, że zjednoczenie przysporzy nam głosów. Ale dziś nie ma się już z kim jednoczyć.