A teraz podtytuł: „Coraz bardziej jestem przekonany, że ci, którzy przygotowali operację wykluczenia mnie z zarządu, to jest tylko wąska grupa kierownicza”.
Ryszard Kalisz istotnie niedawno nie został wybrany do zarządu SLD. I od tygodnia prowadzi akcję krytykowania Grzegorza Napieralskiego, na tyle jednak mądrze, by pozostawić sobie furtkę do pozostania w Sojuszu.
A co z Ruchem Janusza Palikota - zapyta naiwny czytelnik. Jak to co? A co ma być? Co innego zajrzeć na szykowny wykształciuchowski show Palikota - a co innego budować z nim od zera partię.
Kalisz woli SLD ale chce mieć w nim odpowiednio wysoka pozycję. I walce o utraconą cześć członka zarządu wykorzystuje jeden ale poważny atut - poparcie mediów, które go uwielbiają i jednocześnie nie poważają Napieralskiego.
A spośród rozmaitych redakcji Napieralski najbardziej działa na nerwy „Gazecie Wyborczej”. Dlatego wywiad Agnieszki Kublik z posłem SLD to typowe tzw. podrzucanie kotletów. Pani Agnieszka zasypuje Kalisza takimi oto dociekliwymi pytaniami:
- Pamięta pan pewnie te słowa: „Grzegorzowi (Napieralskiemu) brakuje takich tendencji przywódczych, umiejętności rozmowy z opinia publiczną. A lewicy potrzebny jest dzisiaj naprawdę charyzmatyczny.
- Pan powiedział prawdę o braku charakteru Napieralskiego to właśnie dlatego wtedy on pana znienawidził.
- Te słowa są dziś aktualne?
- To kolejny cytat z pana: „Zawsze opowiadam się za tzw. partycypacyjną formułą kierowania partią. Wodzowskie sposoby, takie jak w PiS-ie widać, doprowadzają do destrukcji.
- A w ostatnią sobotę iloma głosami został pan wykluczony z zarządu?
- Starannie zaplanowana akcja?
Uff, dosyć! Gdyby Ryszard Kalisz chciałby zafundować sobie takie dwustronicowe ogłoszenie ma lamach „GW” musiałby zapłacić krocie. Ale ma Agnieszkę Kublik. Jak z takimi sojusznikami Kalisz ma nie myśleć śmiało o swojej przyszłości na lewicy?