Nieformalne zabiegi Tomasza L. – byłego wiceministra skarbu z rządu PO–PSL – podejmowane w związku z prywatyzacją państwowego instytutu nosiły znamiona przestępstw, ale i naruszały etykę wysokiego urzędnika – oceniła Prokuratura Regionalna w Warszawie. „Rzeczpospolita" poznała główne tezy aktu oskarżenia przeciwko Tomaszowi L.

Początkowo śledczy uznali, że przed sądem postawią tylko przyjaciela wiceministra ze studiów – zarzuty wobec L. umorzyli. Po opisaniu sprawy przez „Rzeczpospolitą" i zainteresowaniu się nią przez Prokuraturę Krajową śledczy ocenili, że zachowanie byłego wiceministra jednak naruszało prawo.

Co przesądziło o tym, że Tomasz L. został oskarżony?

– Ponowna analiza całości materiałów, w tym uzyskanych w wyniku czynności operacyjnych, czyli podsłuchów z rozmów telefonicznych, a także uzupełniające przesłuchania świadków i wyjaśnienia samego podejrzanego – mówi „Rzeczpospolitej" prok. Przemysław Baranowski, który oskarżył wiceministra.

Tomasz L. w 2012 r. odpowiadał za nadzór nad prywatyzacją Przemysłowego Instytutu Maszyn Budowlanych w Kobyłce pod Warszawą. Sama placówka, choć w słabej kondycji, była łakomym kąskiem, m.in. z uwagi na posiadane grunty.

Instytut chciał kupić biznesmen Marek S., w czym pomoc zaoferował mu Bartłomiej B. – pośrednik z „dojściem" do wiceministra (obaj znali się ze studiów na AWF).

Działania podejmowane przez wiceministra zaniepokoiły ABW, która 2012 r. zaczęła go podsłuchiwać. Operacji nadano wymowny kryptonim: „Pokusa" (jej kulisy opisała w sierpniu 2016 r. „Rzeczpospolita").

ABW – służba będąca wtedy pod kontrolą PO – podsłuchiwała rozmowy telefoniczne, sprawdzała esemesy i e-maile wiceministra, jego znajomego i biznesmena przez pół roku. Tak zebrane dowody okazały się w sprawie kluczowe.

Wynika z nich, że Tomasz L. mocno zaangażował się w pomoc dla przyjaciela ze studiów. Zdaniem śledczych wiceminister zdecydował o ponownym sprywatyzowaniu Instytutu, który chciał kupić biznesmen. Miał też pomagać mu w zdobyciu poręczenia Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP), które biznesmenowi było potrzebne, żeby dostać kredyt (Marek S. chciał też kupić upadłą hutę w Sosnowcu).

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Z akt śledztwa wynika, że w ciągu tygodnia wiceminister wysłał aż osiem esemesów do ministra Rafała Baniaka, który wtedy nadzorował Agencję.

Podsłuchy, które zostały odtajnione, pokazują, jaka zażyłość łączyła wiceministra z przyjacielem ze studiów. „Błagam cię o to PKO, jakbyś mógł tam, bo ten mnie k... (...) po prostu umiera" – mówił do wiceministra Bartłomiej B. Ten odpowiadał, że sprawa nie jest prosta – „ty nie chcesz... faceta z budki, tylko prezesa" i dodawał: „Postaram się, zrobię wszystko". Język rozmów – jak pisaliśmy – był podobny do znanego z nagrań z restauracji Sowa & Przyjaciele.

Bartłomiej B. miał stałą kartę VIP i do resortu wchodził w nieskrępowany sposób. Korzystał też ze służbowego mieszkania wiceministra.

Początkowo cała trójka dostała zarzuty, ale latem 2016 r. aktem oskarżenia objęto tylko biznesmena oraz znajomego wiceministra – zarzuty wobec Tomasza L. umorzono.

Po artykule „Rzeczpospolitej" śledczy poddali ją ponownej analizie i teraz oskarżyli też wiceministra – o przekroczenie uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowej (dla siebie i innej osoby), a także o płatną protekcję.

Pierwszy zarzut dotyczy zachowania L. w sprawie prywatyzacji Instytutu, drugi – m.in. pośrednictwa w załatwieniu szybszego procedowania wniosku biznesmena o gwarancje kredytowe z ARP.

– Obietnica korzyści majątkowej dla Tomasza L. miała polegać na pomocy przy nabyciu mieszkania w Sopocie poniżej cen rynkowych oraz w przyszłości na zatrudnieniu jego osoby w określonych podmiotach gospodarczych – mówi prok. Agnieszka Zabłocka-Konopka, rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Warszawie.

Chodziło o posady w spółkach, które kontrolował biznesmen.

– W ocenie prokuratury oskarżony przekroczył standardy obowiązujące urzędników państwowych, zwłaszcza na tak eksponowanych stanowiskach. Przekroczenie to było na tyle istotne, że skutkuje odpowiedzialnością karną – dodaje prok. Baranowski.

Z załatwiania nic nie wyszło – prywatyzacja Instytutu nie doszła do skutku, a ARP odmówiła poręczenia dla biznesmena. W 2013 r., gdy dowody z ABW trafiły do prokuratury, L. podał się do dymisji.

Tomasz L. nie przyznał się do zarzutów, podtrzymał wcześniejsze wyjaśnienia i odmówił dalszych.

Akt oskarżenia przeciwko Bartłomiejowi B. i biznesmenowi Markowi S. trafił do sądu w 2016 r. Czy sprawa wiceministra będzie rozpoznana w tym samym procesie – o tym zdecyduje sąd.