[b]Rz: Zaskoczył pana wybuch epidemii świńskiej grypy na Ukrainie?[/b]
[b]r Paweł Grzesiowski, Narodowy Instytut Leków:[/b] Absolutnie nie. Na razie scenariusz rozwoju epidemii w niczym nie odbiega od tego, co się działo w Anglii czy Francji. Najpierw dochodzi do gwałtownego wzrostu liczby zakażeń, potem sytuacja się stabilizuje. Epidemia rozwija się zresztą nie tylko na Ukrainie, ale i w Rosji.
[b]Możemy się więc spodziewać, że wkrótce podobna liczba zachorowań pojawi się w Polsce?[/b]
Oczywiście. Wydaje się jednak, że jesteśmy do niej lepiej przygotowani: mamy pięć nowych laboratoriów, lepszy monitoring zakażeń. Na Ukrainie sytuacja jest tak nerwowa m.in. dlatego, że nie wiemy, czy o tych 30 zgonach trzeba mówić w kontekście stu czy raczej 100 tysięcy zachorowań. A to ogromna różnica. Nie mamy też potwierdzenia, że zmarli chorowali na grypę A/H1N1.
[b]To trochę jak w Meksyku: po początkowej panice okazało się, że część zgonów nie była spowodowana świńską grypą.[/b]
No właśnie. Gdy pojawi się epidemia, wszystkie zgony są jej przypisywane. Można to też tłumaczyć inaczej: gdy państwo nic nie robi, media biorą sprawy w swoje ręce. Na Ukrainie to media ogłosiły epidemię i dopiero na te doniesienia zareagowały gwałtownie służby sanitarne. U nas jest jednak inaczej.
[b]Możemy się spodziewać podobnej liczby zachorowań, ale innych konsekwencji choroby?[/b]
Dokładnie tak. Wydaje się, że mamy lepszy dostęp choćby do respiratorów. Zgony po powikłaniach grypy są związane np. z niewydolnością oddechową. Dzięki dobremu sprzętowi można im zapobiegać.