Kontrakty w PPP nie mają dobrej sławy. To uprzedzenie jeszcze z lat 90. i początków minionego dziesięciolecia, kiedy umowy podpisywane przez lokalne władze z prywatnymi przedsiębiorcami zazwyczaj kojarzyły się z czwartym „p" - prokuraturą. I tam się kończyły.
Jak na przykład kontrakt na budowę warszawskiego mostu Świętokrzyskiego w zamian za oddanie inwestorowi hektarów terenu w Porcie Praskim nad Wisłą.
Od kilku lat trwa próba przełamania złego wizerunku. Zwłaszcza że PPP to w czasach kryzysu szansa dla gmin na pozyskanie zewnętrznego kapitału. Ustawa o partnerstwie nadal jednak nie jest zbyt chętnie wykorzystywana do rozwojowych przedsięwzięć.
Najwyższa Izba Kontroli postanowiła sprawdzić te już podpisane kontrakty. - Ta kontrola ma zakres systemowy. Zajmą się tym delegatury w Gdańsku, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Olsztynie czy Wrocławiu, a centrala przeanalizuje kontrakty warszawskie - mówi nam rzecznik NIK Paweł Biedziak.
Samorządowcy jednak się boją, że taki nalot na PPP może oznaczać wylanie dziecka z kąpielą.
- To bardzo trudna materia i wbrew pozorom łatwo jest kwestionować zasadność podpisania takich umów pod względem gospodarności - ocenia prawnik z Katowic Marek Duchowski. - Jeśli kontrolerzy będą bardzo dociekliwi, wnioski mogą odstraszyć i zniechęcić tych, którzy się do projektów w systemie PPP przymierzają.
Poznań na przykład szykuje się do budowy spalarni (wartość - ponad 1 mld zł), Kraków od marca szuka partnerów do budowy mieszkań komunalnych, Krosno z prywatnym przedsiębiorcą chce budować centrum rekreacyjno-sportowe, Szczecin i Kędzierzyn-Koźle szukają inwestorów do parku wodnego. Sopot z kolei w ramach partnerstwa zagospodarowuje rejony dworca.
Chętniej niż ustawę o PPP władze lokalne stosują inną formę partnerstwa - koncesję na usługi lub roboty budowlane. Gliwice na przykład podpisały niedawno koncesję na zarządzanie pływalnią. Władze stolicy - na remont zabytkowego statku „Lubecki", który będzie za rok woził turystów po Wiśle.
- Być może moi koledzy po fachu mają obawy dotyczące kontroli tych umów. Moim zdaniem dobrze, gdy ktoś z zewnątrz przyjrzy się, jakie występują w nich błędy. Byśmy się jak najszybciej o nich dowiedzieli i mogli uniknąć w kolejnych kontraktach - ocenia szef warszawskiego Biura Obsługi Inwestorów Paweł Pawłowski.
W podobnym tonie wypowiada się też rzecznik NIK.
- To dopiero pierwsze dotknięcie przez nas tego zagadnienia. Nie chodzi o mnożenie wniosków do prokuratury, lecz wykonanie dla rządu pierwszej fotografii zjawiska i wniosków, co należy poprawić w przepisach, a z czym samorządy sobie nie radzą - wyjaśnia Paweł Biedziak.