– Na razie jest bardzo słonecznie. (…) Trochę wszystko wyschnie, podeschną okopy, chłopcy będą mieli tam mniej wody i błota – mówił dowódca batalionu Wolność Jewhen Oropaj w Espresso TV.

Ostrzał rosyjskiej artylerii i jesienne deszcze sprawiły, że okolice Bachmutu przypominają pola pod francuskim Verdun, gdzie w 1916 roku trwały zajadłe walki z Niemcami. Obecnie Ukraińcy odpierają po kilkanaście ataków Rosjan w ciągu doby.

Większość miasta, dawniej liczącego 70 tys. mieszkańców, jest już zrujnowana. Ale atakujący nawet do niego nie dotarli, zajadłe walki toczą się w sąsiednich wsiach. W samym mieście pozostali już tylko nieliczni, starsi ludzie rozpaczliwie próbujący przeżyć niekończące się ostrzały artyleryjskie.

Czytaj więcej

Think tank: Bachmut nie zostanie w najbliższym czasie okrążony

Prawie nieustanny atak trwa od lipca. Wtedy Rosjanie zdobyli Siewierdonieck i Lisiczańsk leżące na północ od Bachmutu. Opanowanie jeszcze tej miejscowości umożliwiłoby im atak na kolejną pozycję ukraińską w Kramatorsku i Słowiańsku znajdujących się dalej na zachód. – Na początku lipca w ataku na Bachmut była jeszcze jakaś logika. (…) To było jeszcze jedno kluczowe miasto – mówił w październiku przedstawiciel ukraińskiego Dowództwa Wschód, pułkownik Serhij Czerewatyj.

Jednak logika zniknęła, nim jeszcze wystąpił pułkownik Czerewatyj. We wrześniu Ukraińcy zaatakowali na północ od Sławiańska i Rosjanie uciekli z Iziumu i Łymanu, z których terenów ich artyleria sięgała tego miasta. Obecnie większość ekspertów nie widzi sensu w powtarzających się szturmach na odcinku frontu koło Bachmutu. – Myślą, że jak się tam wedrą, to dalej będą mogli iść na Słowiańsk. (…) Ale bez wsparcia innych zgrupowań (np. z północy – red.) to jest bez sensu – uważa Ołeksandr Musienko.

Główny ciężar walk w okolicach miasta spoczywa obecnie na najemnikach Grupy Wagnera należącej do Jewgienija Prigożina. „To jest operacja Wagnera, w większości niezależna od rosyjskiego Ministerstwa Obrony. Działają tam jak niezależna siła” – uważa jeden z zachodnich ekspertów. Jeśli Prigożinowi udałoby się zdobyć Bachmut, bardzo umocniłby się na kremlowskim dworze, w otoczeniu Władimira Putina, jako jedyny, któremu coś się udaje na ukraińskim froncie.

Dlatego jego dowódcy nie żałują żołnierzy. Rosyjskie straty w ataku na miasto są ogromne. – Lezą i lezą, uzbrojeni tylko w karabiny. (…) Atakują małymi grupami, ale tych grup jest bardzo dużo. Jeśli nas jest w okopie 10–12, to ich atakuje 50–70. Jeśli posyłają dużą grupę, to zaczynają się problemy, bo większość żołnierzy nie chce wstać do ataku, leżą na ziemi i odmawiają podniesienia się. Nie wszyscy z nich nawet mają amunicję – mówi Oropaj. Większość posyłanych do szturmu na Bachmut to albo świeżo zmobilizowani, albo więźniowie zwerbowani przez Prigożina w rosyjskich łagrach.

Jednak bardziej doświadczone oddziały Wagnera (używające masowo dronów i potrafiące koordynować działania z rosyjską artylerią), w ciągu ostatnich dni zaczęły zdobywać wioski w pobliżu Bachmutu. Sprzyjała im ogromna przewaga w artylerii, dzięki czemu dokonują do 180 ostrzałów na dobę.

„Pod Andrijiwką sytuacja jest poważna, przełamali naszą główną linię obrony” – informował jeden z ukraińskich żołnierzy. W rezultacie najemnicy zajęli trzy–cztery wioski na południe od miasteczka i jedną na północny wschód. Ale Bachmut broni się. Jak Verdun.