Rosjanie i separatyści od dwóch dni informują, że zamieszkiwany przez ponad 400 tys. mieszkańców Mariupol, położony nad Morzem Azowskim, jest otoczony.
W środę zbombardowali szpital dziecięcy i położniczy. Skala zniszczeń była ogromna. Władze Ukrainy poinformowały o śmierci dwóch osób dorosłych i jednego dziecka.
Prezydent Wołodymyr Zełenski kłamstwem nazwał stanowisko Kremla, że w szpitalu nie było pacjentów. - Jak zawsze kłamią - powiedział.
Czytaj więcej
Międzynarodowy Czerwony Krzyż informuje o tragicznych warunkach panujących w oblężonym przez Rosjan Mariupolu.
W czwartek Kreml oświadczył, że jego wojska nie ostrzelały żadnych celów naziemnych w tym rejonie. Ministerstwo Obrony Rosji oświadczyło, że była to "prowokacja stworzona przez władze Ukrainy".
Wcześniej rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow utrzymywał, że siły ukraińskie przejęły szpital. Skrytykował to, co nazwał "żałosnym krzykiem o tak zwanych okrucieństwach rosyjskich sił zbrojnych".
Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow, poproszony o komentarz w tej sprawie powiedział, że "siły rosyjskie nie strzelają do celów cywilnych". Zapowiedział, że "Kreml przyjrzy się temu incydentowi".
- Na pewno zwrócimy się do naszych wojskowych, ponieważ ani wy, ani ja nie mamy jasnych informacji o tym, co się tam stało - powiedział Pieskow.
Inni rosyjscy urzędnicy przyjęli bardziej agresywną linię, twierdząc, że zamach bombowy w szpitalu to fake news. - To jest terroryzm informacyjny" - powiedziała rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa.