Kilka dni temu Iran zestrzelił amerykańskiego drona, który miał wejść w przestrzeń powietrzną kraju. Szef MSZ Iranu Mohammad Javad Zarif poinformował, że do podobnego zdarzenia doszło również 26 maja.
Dron MQ9 został zauważony o 20.30, nie określono o jaką strefę czasowo chodzi. Maszyna przeleciała w pobliżu miasta Asaluyeh w prowincji Bushehr.
Dron był zauważony jeszcze dwukrotnie, zanim opuścił przestrzeń powietrzną Iranu i krążył blisko granicy.
Według informacji "New York Times" po zestrzeleniu amerykańskiego drona w rejonie Cieśniny Ormuz Donald Trump miał zaaprobować atak militarny na Iran - w piątek rano Amerykanie mieli zaatakować cele w Iranie (chodziło o stacje radarowe i wyrzutnie rakiet). W momencie, gdy samoloty mające dokonać ataku były już w powietrzu, a okręty zajęły pozycje do ataku, armia USA miała otrzymać polecenie wstrzymania przygotowań do uderzenia.
Po kilku godzinach anonimowi przedstawiciele władz w Teheranie poinformowali agencję Reutersa, że USA za pośrednictwem Omanu ostrzegli Teheran o rychłym ataku. Przekazana Teheranowi informacja miała zawierać zapewnienie, że Trump nie chce wybuchu wojny i wzywa Teheran do negocjacji ws. kwestii spornych między Iranem a USA.
Nieco później przedstawiciele Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej zaprezentowali publicznie szczątki zniszczonego drona, które miały zostać wydobyte z irańskich wód terytorialnych. Miał to być ostateczny dowód na to, że Amerykanie naruszyli przestrzeń powietrzną Iranu. Trump przekonywał wcześniej, że USA dysponują dowodami, iż dron znajdował się nad wodami międzynarodowymi.