I rzeczywiście były wiceprezydent, którego kampania jeszcze pod koniec ubiegłego tygodnia wydawała się na skraju załamania, wyszedł z najważniejszego dnia prawyborów w roli absolutnego faworyta. W tzw. Superwtorek zdobył nie tylko Teksas, Virginię i pięć innych stanów, ale nawet matecznik radykalnej Elizabeth Warren, liberalny stan Massachusetts, gdzie - w przeciwieństwie do Bernie Sandersa - praktycznie nie prowadził kampanii.
Po czterech latach chaotycznych rządów Trumpa, wielu Amerykanów z klasy średniej przyciąga do Bidena jego niezwykle długie doświadczenie polityczne, przewidywalność. A to ta część elektoratu, bez której bardzo trudno sobie wyobrazić odbicie przez Demokratów Białego Domu. Murem za Bidenem stanęli także Afroamerykanie, dla których decydująca okazała się pamięć bliskiego współdziałania wiceprezydenta z pierwszym czarnoskórym przywódcą kraju, Barackiem Obamą. Darmowe szkolnictwo, rozbudowa programów socjalnych, objęcie najuboższych ubezpieczeniami zdrowotnymi, choć w największym stopniu służyłyby Afroamerykanom, okazały się nawet w Stanach XXI wieku mniej ważne od czynników rasowych.