W gronie oburzonych należę do mniejszości, która uważa, że gościć powinniśmy chrześcijan. No, prawie wyłącznie chrześcijan.
MSW na początku lipca po cichu – bo to drażliwy temat – zgodziło się na zaproszenie, a ściślej: wyrażenie gotowości do przyjęcia dwóch tysięcy uciekinierów z Syrii, miejsca, gdzie toczy się najbrutalniejsza wojna domowa naszych czasów, i z Erytrei, gdzie panuje jeden z najbrutalniejszych reżimów na świecie. Na głowę wiceministra Stachańczyka, który złożył taką deklarację, posypały się gromy, także od współrządzącego PSL.
Po raz kolejny się okazało, że Polacy wyznają zasadę: pomagać tak, ale nam, a nie my innym. Jeszcze nie wyrośli z czasów PRL, gdy dostawali paczki z Zachodu i tłumnie uciekali, by zaznać bezpieczniejszego, lepszego życia, z dala od generała Jaruzelskiego. Warto porównać obrazki ze stanu wojennego w Polsce z obrazkami z wojny syryjskiej czy z wypraw upchanych na pontonach uciekinierów z Afryki lub Bliskiego Wschodu płynących do brzegów Europy – i zadać sobie pytanie, dlaczego te pierwsze skłoniły ludzi Zachodu do wsparcia naszych rodaków, a te drugie nie robią na nas wrażenia. Dlaczego znaczna część polskiego społeczeństwa nie jest gotowa na symboliczne zaproszenie garstki nieszczęśników spośród milionów szukających schronienia?
W poniedziałek wiceminister Stachańczyk ma w Brukseli zadeklarować, jakich uchodźców możemy przyjąć. Powinni to być chrześcijanie – wśród uciekinierów z Syrii stanowiący mniejszość, ale tych z Erytrei większość. Polityka imigracyjna polega na wyborze. Nawet najbogatsze i najlepiej nastawione do przybyszów kraje nie przyjmują wszystkich.
Zaproszenie do Polski chrześcijan z Syrii i Erytrei będzie łatwiejsze i dla nich (szok kulturowy mniejszy), i dla przyjmującego chrześcijańskiego kraju. Zachód ma zresztą zobowiązania wobec chrześcijan w Syrii (i na całym Bliskim Wschodzie), bo są prześladowani przez część muzułmanów jako wspólnicy byłych kolonizatorów i reprezentanci zgniłej zachodniej cywilizacji.