Wymyślone jako „błyskotliwy" chwyt marketingowy przez sztab Bronisława Komorowskiego nie przyniosło byłemu prezydentowi ani sukcesu wyborczego, ani specjalnej chwały. Można mieć spore wątpliwości, czy zgodnie z zapisem art. 125 ust. 1 Konstytucji RP pytania referendalne dotyczą spraw o szczególnym znaczeniu dla państwa.
Czy w istocie kwestie wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych, modelu finansowania partii politycznych i choć ważnego, ale jednak szczegółu dotyczącego postępowania w sprawach podatkowych wytrzymują porównanie z poprzednim referendum z roku 2003, którego stawką było wejście Polski do Unii Europejskiej?
W tamtym wypadku trudno było mieć wątpliwości. Gdybyśmy dziś głosowali nad zmianą krajowej waluty czy kwestią neutralności kraju, sama intuicja podpowiadałaby, że ogólnokrajowe referendum ma sens. Nie byłoby rozbieżności wśród konstytucjonalistów ani stanowczych deklaracji ważnych ludzi polityki, że niedzielne głosowanie zbojkotują.
Jest inaczej. Mamy decydować o sprawach mniejszej wagi, dla których lepsza byłaby ścieżka parlamentarna. Co więcej, właśnie parlament zdecydował już w kwestii rozstrzygania wątpliwości co do wykładni przepisów prawa podatkowego na korzyść podatnika. Jedyny sens utrzymania tego pytania w referendum polega na jego potencjalnym zakwestionowaniu przez wyborców, a tego przecież nikt się nie spodziewa.
Po co więc to referendum, które zrodziło się i pewnie zemrze jako instrument kampanii wyborczej? Czy przyniesie przynajmniej komukolwiek korzyść polityczną? Też pewnie nie. Jedyne, co za nim przemawia, to szacunek dla demokracji. Skoro zdecydowano o nim lege artis, to tę decyzję należy uszanować. Pójść do urn i wypowiedzieć się za bądź przeciw, także przeciw temu konkretnemu referendum. Jak? Czytelnicy naszej gazety wiedzą przecież najlepiej.