Tym z Państwa, którzy często latają, zdarzyła się pewnie nieprzyjemna sytuacja, gdy samolot wpada w turbulencję, leci nagle jak w studnię kilkadziesiąt metrów w dół, a nieprzypięci pasami pasażerowie walą głowami w schowki na bagaże. Coś podobnego właśnie przeżywamy w gospodarce.

Środowe dane GUS za drugi kwartał tego roku (kwiecień-czerwiec) pokazały wprawdzie 5,3-proc wzrost PKB, licząc rok do roku, ale także 2,3-proc. wyrównany sezonowo spadek w stosunku do kwartału pierwszego, kiedy urobek polskiej gospodarki rósł jeszcze w tempie 2,5 proc. kwartał do kwartału. Jeśli trzeci kwartał, który obejmuje letnie miesiące, również przyniesie spadek PKB, co jest bardzo prawdopodobne, oznaczać to będzie, że weszliśmy – jak to mówią ekonomiści – w techniczną recesję. Gospodarka się faktycznie kurczy, mimo że – statystycznie rzecz biorąc – porównanie z okresem sprzed roku nadal będzie na plusie.

Czytaj więcej

Fatalne dane o PKB. Polska gospodarka nurkuje, najgorszy wynik od 1996 r.

Sama w sobie techniczna recesja – mimo, że owo słowo na „r” brzmi przerażająco – nie musi być wielkim nieszczęściem. Pod warunkiem, że potrwa krótko, np. tylko dwa kwartały, a gospodarka szybko osiągnie równowagę. W naszym przypadku jednak niepokoi to, że nadciągnęła wcześniej niż przewidywali ekonomiści, przepowiadający ją dopiero na jesień. Hamowanie jest więc szybsze niż można się było spodziewać.

Istotne jest, jak na pesymistyczne dane reagować będą przedsiębiorcy, którzy zaraz po wakacjach zaczną planowanie budżetów firm na rok 2023. Jeśli przerażeni niepewnością i kurczącym się popytem ze strony konsumentów zmagających się z wysoką 15,6-proc. inflacją nastawią się na recesyjne cięcie kosztów, ostre hamowanie gospodarki się pogłębi i stanie samospełniającą się przepowiednia.

Podwyżki w sektorze przedsiębiorstw już przestały nadążać za inflacją

Sytuacja nie jest prosta, bo już w pierwszym kwartale polską gospodarkę, pędzącą jeszcze wówczas w tempie 8,5 proc. rok do roku, napędzał głównie wzrost zapasów przedsiębiorstw. Firmy zapełniały magazyny, mając w pamięci, jak pandemia rwała łańcuchy logistyczne, kwestionując świętą dotąd zasadę „just in time” (zapewnienie dostaw akurat na czas). Na dodatek przy wysokiej inflacji opłacał się zakup na zapas surowców po niższych cenach, by sprzedać gotowe towary po wyższych. Bariera popytu jednak działa i teraz wiele firm będzie żyć, wyprzedając to, co w magazynie, i ograniczając nową produkcję. A to hamować będzie resztę przemysłu.

W takim środowisku przedsiębiorcy nie będą też skorzy podnosić płac. Podwyżki w sektorze przedsiębiorstw już przestały nadążać za inflacją. I dzieje się to po latach realnego (a więc powyżej inflacji) wzrostu wynagrodzeń. Spadamy zatem z wysokiego konia i pogorszenie nastrojów społecznych jest nieuniknione.

Kampania wyborcza nam w tym wszystkim nie pomoże. Sprawi, że populiści z obu stron politycznej barykady nasilą rywalizację na programy pomocy wszystkim i na wszystko, bez żadnych kryteriów dochodowych. Będzie to miało oczywisty efekt proinflacyjny. A wtedy hamowanie gospodarki nie zredukuje wystarczająco mocno presji cenowej, by Rada Polityki Pieniężnej mogła rychło zakończyć podwyżki stóp – tak jak zapowiadał to na molo w Sopocie szef NBP. Wylądujemy wtedy za rok ze słabym wzrostem, wysoką inflacją i drogim kredytem. Gdy polityka teoretycznie pomaga, ale realnie szkodzi gospodarce, możemy się mocno poobijać w czasie turbulencji.