Pod koniec swych rządów PO złamała wszystkie standardy, próbując obsadzić miejsca w Trybunale Konstytucyjnym, które zwalniały się dopiero w następnej kadencji. Wcześniej jednak potrafiła czekać – tak było choćby z Najwyższą Izbą Kontroli, którą przez sześć lat rządów Platformy kierował wybrany przez PiS Jacek Jezierski.
Jak piszemy dziś w „Rzeczpospolitej", Prawo i Sprawiedliwość nie zamierza czekać do końca kadencji obecnego szefa NIK i spróbuje przejąć Izbę w najbliższym czasie. I Izba, i Trybunał to instytucje z punktu widzenia obozu rządzącego bardzo niebezpieczne, pełnią wobec niego ważną funkcję kontrolną. PiS nie udało się przejąć TK, postanowił go więc sparaliżować. Następna w kolejce jest NIK.
Problemem Izby są zarzuty, które jej prezesowi Krzysztofowi Kwiatkowskiemu chce postawić prokuratura. Kwiatkowski – choć powołała go PO – nie szczędził krytyki poprzedniej ekipie. Uwikłał się jednak w niejasne relacje z wszechpotężnym niegdyś liderem Klubu PSL Janem Burym. Jeśli złamał prawo, powinien ponieść karę i odejść z NIK.
Ale od orzekania winy jest sąd, a nie politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy chcą potraktować sprawę Kwiatkowskiego jako pretekst do odbicia jednej z ostatnich niezależnych od rządu instytucji.
PiS powinien pamiętać, że jeśli dziś złamie zapisaną w konstytucji sześcioletnią kadencję prezesa NIK, to również jego nominatów będą w przyszłości wyrzucać następcy. A państwo, zamiast dobrem wspólnym, będzie wyłącznie politycznym łupem dla kolejnych ekip.