Niewątpliwie największym sukcesem Grzegorza Schetyny jest to, że Platforma trwa. Że się nie rozpadła i wciąż dysponuje niezłym kapitałem: ma drugi co do wielkości klub w Sejmie, rządzi w większości województw, wystawia sporą delegację do Parlamentu Europejskiego. Pytanie tylko, co PO z tym kapitałem zrobiła. Odpowiedź brzmi: nic.

Wygląda to tak, jakby kierownictwo Platformy czekało, aż Polacy przebaczą partii błędy, które popełniła w ciągu ośmiu lat swoich rządów, a pamiętać będą jedynie o jej dokonaniach. Sęk w tym, że na razie żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazują, by wyborcy, których niepokoi los Polski pod rządami PiS, zapałali miłością do PO.

Najpoważniejszym bodaj błędem Schetyny był brak refleksu po wybuchu afery reprywatyzacyjnej w Warszawie. Lider Platformy założył chyba, właściwie nie bardzo wiadomo na jakiej podstawie, że Hanna Gronkiewicz-Waltz sama sprawę wyjaśni, a to pozwoli partii wyjść ze skandalu cało. Gdyby dawny, twardy Schetyna od razu odciął się od prezydent Warszawy i wyrzucił ją z partii, kolejne fajerwerki tej afery nie szłyby już na konto PO. A tak serial reprywatyzacyjny pogrąża partię z każdym odcinkiem coraz bardziej.

W tej sytuacji, w której Platforma gra na dwa fronty – przeciw rządowi, ale też przeciw Nowoczesnej o zaufanie wyborców opozycyjnych – jej przyszłość nie maluje się w najjaśniejszych barwach.