Narodowcy z Prawem i Sprawiedliwością specjalnie wspólnego nie mają – stwierdził w poniedziałek rano wicerzecznik PiS Radosław Fogiel w rozmowie z WP.pl. Poseł Fogiel jest niezłym piarowcem, więc zorientował się, jako jeden z pierwszych w obozie władzy, jak fatalnie wizerunkowo dla PiS przebiegły niedzielne manifestacje, a szczególnie ta w Warszawie. U wielu obserwatorów zapewne utrwali się podział na dwie Polski: jedną mającą twarz 94-letniej Wandy Traczyk-Stawskiej, która walczyła w Powstaniu Warszawskim i wzięła udział w zwołanej przez Platformę Obywatelską manifestacji przeciw próbom wyprowadzania Polski z UE przez PiS po czwartkowym orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego. Druga to twarz Roberta Bąkiewicza, szefa Marszu Niepodległości, który zorganizował kontrmanifestację, przekrzykując mówców imprezy PO, zagłuszając nie tylko Donalda Tuska, ale też utrudniając wystąpienia innych, m.in. Traczyk Stawskiej.

Taki podział jest dla PiS bardzo ryzykowny. Nie trzeba być bowiem fanem Platformy Obywatelskiej, by sympatię lokować raczej po stronie staruszki, niż agresywnego narodowca. W dodatku z logiką polaryzacyjną, jego działanie idzie na konto PiS, co dla partii rządzącej jest zdecydowanie ryzykowne.

Czytaj więcej

Radosław Fogiel: Narodowcy nie mają wiele wspólnego z PiS

Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że Bąkiewicz jest znaczenie skuteczniejszy od PiS w graniu „patriotycznymi” nastrojami. To on od lat organizuje Marsze Niepodległości 11 listopada, wobec których PiS pozostaje zupełnie bezradne. Gdy na marszach pojawiają się członkowie zachodnich organizacji neonazistowskich, PiS musiał płacić za to polityczną cenę, bo nie miał odwagi przeciwstawić się narodowcom, a sam nie miał żadnej innej oferty dla osób spragnionych patriotycznych doznań. Ośmielony Bąkiewicz przejął organizację ulicznych obchodów 1 sierpnia, organizując przemarsz prawicy w rocznicę Wybuchu Powstania Warszawskiego. Początkowo była to tylko narodowo-kibicowska oprawa, race itp. Ale w ostatnich latach narodowcy wygłaszali przy okazji coraz bardziej radykalne polityczne, antyunijne tyrady, sprawiając, że tzw. normalsom ciężko było się odnaleźć w tej formule świętowania. Rok temu Bąkiewicz ogłosił się obrońcą wiary i Kościołów i podczas protestów przeciw decyzji TK w sprawie aborcji, podczas których rzeczywiście doszło do przypadków profanacji świątyń czy zakłócania nabożeństw, wyręczał policję w ochronie budynków sakralnych znajdujących się na trasie Strajku Kobiet. Trafił wtedy na okładki prorządowych tygodników, jako prawicowa odpowiedź na działania Marty Lempart. W nagrodę rząd PiS sowicie wsparł organizacje, które zakładał Bąkiewicz. W tym roku dostały one, według posłów opozycji, 3 miliony złotych.

Dla opozycji taki przeciwnik jak Bąkiewicz, jest więc wymarzony. A dla PiS Bąkiewicz w roli sojusznika to potężne ryzyko

Tyle, że ten sojusz zaczyna być dziś dla PiS obciążeniem. Szczególnie jeśli przyjrzeć się żydowskiej obsesji Bąkiewicza. Zbierał on podpisy za inicjatywą Stop447, budując popularność na obronie polskiego majątku przed rzekomymi żydowskimi roszczeniami. W ulotkach posługiwał się grafikami odwołującymi się do antysemickich stereotypów. Jego Roty Marszu Niepodległości wsparły również produkcję filmu Wojciech Sumlińskiego „Powrót do Jedwabnego. Żydowski rozbiór Polski”. Youtube zablokował jego rozpowszechnianie, skrytykował go nawet prawicowy portal wPolityce.

Dla opozycji taki przeciwnik jak Bąkiewicz, jest więc wymarzony. A dla PiS Bąkiewicz w roli sojusznika to potężne ryzyko. Stąd poseł Fogiel dał sygnał do odpiłowania narodowców Bąkiewicza od obozu władzy. Pytanie, czy będzie to dla wyborców wiarygodne.