Zwolennicy pierwszego mitu – najczęściej można go znaleźć na łamach „Naszego Dziennika” lub w Internecie – widzą w katastrofie zamach, prawdopodobnie efekt spisku władz rosyjskich. Nic tu nie było przypadkowe. Jeśli pod Smoleńskiem była mgła, to mogła zostać wytworzona; jeśli pilot zdecydował się na lądowanie, to została na niego zastawiona pułapka. Raz po raz można przeczytać o nowych i egzotycznych rodzajach broni, a to magnetycznej, a to tajemniczych promieniach czy laserach. Ktoś za tym stoi, ktoś to zaplanował, przewidział do najdrobniejszego szczegółu. Ba, nawet turbulencje powietrzne stają się efektem lotu innego samolotu.

Teorie spiskowe mają dwie zalety. Po pierwsze, pozwalają ludziom, którzy w nie wierzą, zracjonalizować śmierć i jej grozę. Przestaje być ona czymś nieodgadnionym, brutalną raną zadaną nie wiadomo po co i przez kogo. Staje się dziełem człowieka i to człowieka złego. Po drugie, dzięki temu ofiary tragedii stają się prawdziwymi herosami, obrońcami narodu przed zagładą; męczennikami, którzy oddali życie za Polskę. Wiadomo już, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Na kogo i przeciw komu głosować.

Szkoda tylko, że zwolennicy tezy o zamachu nie są w stanie wskazać, jakimi motywami mieliby się kierować jego ewentualni organizatorzy. By przeprowadzić taki zamach, Rosjanie musieliby być absolutnymi szaleńcami. O to jednak nikt ich nie oskarża.

Drugą, konkurencyjną opowieść przedstawia „Gazeta Wyborcza”. Tak jak w przypadku pierwszego mitu chodziło o ubranie śmierci w heroizm, o uczynienie z niej fragmentu wielkiej bitwy dobra ze złem, tak w wersji z Czerskiej chodzi o coś wręcz przeciwnego: o poniżenie i pozbawienie tej tragedii wszelkiego rysu heroizmu.

Jak? Trzeba przypisać odpowiedzialność za katastrofę zmarłemu prezydentowi. Dlaczego? Bo prezydent, który byłby tylko ofiarą, stałby się politycznie groźny. Stałby się bronią w walce, narzędziem propagandy PiS. Symbolem IV RP. A na to przecież „Gazeta Wyborcza” pozwolić nie może.

Nie wystarczył jej zatem komentarz przeciw pochówkowi na Wawelu. Skoro Lech Kaczyński już tam spoczął, to trzeba uczynić go – o ile to tylko możliwe – winowajcą. I tak od kilku dni czytam o podróży prezydenta do Gruzji sprzed dwóch lat. Opisy te mają sugerować – z całym faryzejskim zaprzeczaniem temu – że pilot podjął błędną decyzję nie wskutek własnej oceny sytuacji albo być może pomyłki rosyjskich kontrolerów, tylko pod presją Kaczyńskiego.

Może tak musi być. Może wszystko, łącznie z tą tragiczną śmiercią, musi zostać włączone do walki. Choć mam nadzieję, że jednak jest jeszcze jakaś przestrzeń między dwoma obozami.

I że ofiarą tej wojny nie padnie zdrowy rozsądek.