Najnowszą gwiazdą na transferowym rynku jest Bartosz Arłukowicz, który czmychnął z obozu SLD na stanowisko rządowego pełnomocnika do walki z wykluczeniem. Opuścił obóz lewicy, a nie samo ugrupowanie, bo w Klubie Sojuszu zasiadał jako bezpartyjny. Zapewne odnajdziemy go na listach Platformy.
No cóż – SLD, które szydzi, że Arłukowicz połakomił się na rządową limuzynę, nie powinno być zaskoczone. Grzegorz Napieralski zwodził go od miesięcy, nie ujawniając, jakie miejsce na listach SLD chce mu przyznać i w którym okręgu.
Ale też Arłukowicz sam nigdy nie mógł zdecydować, czy chce być politycznym singlem, czy też planuje zawalczyć o przywództwo na lewicy. Teraz trafi do rezerwy kadrowej PO, która lubi mieć w swoich szeregach najrozmaitsze postacie. Cztery lata temu Platforma wykorzystała w ten sposób – bez sukcesu – Mariana Krzaklewskiego, a dziś utrzymuje na stanie etosowców jak Antoni Mężydło czy konserwatystów jak Paweł Zalewski.
Czy to atrakcyjny status? Zależy, jakie ma się aspiracje. Zyskuje się pewny poselski mandat, ale traci się podmiotowość. Trzeba powtarzać przekaz dnia i nie mieć nadziei na jakiś spektakularny awans.
Na razie były as lewicy zaskakująco szybko łapie aktualny ton PO. "Od wielu tygodni wymagano ode mnie głosowania ramię w ramię z Jarosławem Kaczyńskim w bardzo wielu sprawach" – poskarżył się rządowy debiutant. Jakoś dziwnie ściśle pasuje to do najnowszej taktyki Donalda Tuska straszącego powyborczą koalicją SLD z PiS.
Czy to już pierwszy wyrecytowany przekaz dnia wysłany z komórki Igora Ostachowicza?