Co do wizyty Madonny z jej pseudobluźnierczymi bełkotami - przypomina się scena z mego ulubionego filmu Woody'ego Allena „Celebrity". Jeden z bohaterów trafia na wystawę artysty, który opowiada z zapałem, jak postawił w centrum wioski w Kansas wielkiego penisa. I jak farmerzy musieli mijać go w drodze do kościoła.

Lata temu poczyniłem uwagę: liberalny Żyd Allen śmieje się z rzeźbiarza. Polskie elity wolą rechot z farmerów. Od wtedy nic się nie zmieniło: mobilizacja w obronie „kontrowersyjnej Madonny była pełna i całkiem zabawna. Nawet 83-letni profesor Jerzy Szacki obwieścił, że na jej koncerty nie chodzi (dlaczego?), ale uważa ją za świetną piosenkarkę. Jakże się trzeba poświęcać...

A Hołownia? Wystąpił jako katalizator. Dowiedzieliśmy się dzięki niemu, że nie ma miejsca na postawy pośrednie: jest taliban albo postęp. Dowiedzieliśmy się od Tomasza Lisa, który dopiero mówił o tych sprawach w zupełnie innym tonie. Jego obecny zapał pachnie komercją, ale ten język, te nieprzytomne inwektywy... Osypuje się pozłotka zachodniego profesjonalizmu. Wygląda dziennikarski uczeń Aleksandry Jakubowskiej? Raczej chamidło z problemami z empatią.

Ciekawsze jest co innego. Oto Hołownia też jest spychany do zakamarka z farmerami. Bardzo nie chciał. W programach TVN pozwalał się traktować jak małpka. Ot, sympatyczny, choć katol. To jednak już nie wystarczy.

Nie sądzę, by rację mieli Lis i prawicowi radykałowie, sugerując, że między Radiem Maryja i Palikotem nie ma przestrzeni. W sensie intelektualnym jest jej sporo, tyle że „katolicyzm otwarty" za często zaczął się stawać przepraszaniem za wiarę.

Za to nauka, że miejsca dla wszystkich wierzących jest w Polsce coraz mniej, jawi się jako oczywista. Wystarczy włączyć telewizor - oto profesor Hartman zderzony z zakonnikiem w kwestii celibatu nawet nie markuje dyskusji. Z katolickiej strony padają patetyczne wręcz argumenty, a co w odpowiedzi? Obowiązkowe dla tej (anty)kulturowej formacji tytułowanie duchownego „panem" i żulerskie uwagi, jakie to fajne: ksiądz i jego dziewczyna.

Wszyscy od ojca Rydzyka po Hołownię winni się nad tą, twierdzę, że nową, sytuacją zastanowić. Bo dotychczasowy język, różne języki nie wystarczą.

Autor jest publicystą  „Uważam Rze"