Tak przynajmniej wynika z doniesień niemieckiego tabloidu „Bild". Podejrzenia, że iskandery są już w graniczącym z Polską obwodzie kaliningradzkim, pojawiały się zresztą od miesięcy.

Do tego trzeba dodać informację z zeszłego tygodnia, już całkiem jawną, o rozmieszczeniu rosyjskich myśliwców na Białorusi, również – tak się złożyło – graniczącej z Polską.

Rosja dowodzi, że jej doktryna wojenna, wskazująca NATO jako najpoważniejsze zagrożenie, nie była żartem. Choć takie wrażenie sprawiała, bo żadne państwo natowskie od dwóch dekad nie ośmieliło się nawet pomyśleć o wystąpieniu w roli militarnego wroga Rosji.

Przede wszystkim zaś pokazuje, jak szybko potrafi działać w sprawach dla niej istotnych, także dotyczących obrony i bezpieczeństwa. Odwrotnie niż Zachód.

Iskanderami odpowiada, jak można wnioskować, na tarczę antyrakietową w Polsce. Tyle że cztery lata przed jej uruchomieniem (i te cztery lata to wariant optymistyczny).

Działania Moskwy powinny zadziałać jak zimny prysznic – czy, jak kto woli, zimnowojenny. Bardziej prawdopodobny jest jednak inny scenariusz: NATO nadal będzie dzieliło włos na czworo, Ameryka pozostawi Europę samą sobie, a Unia Europejska wyznaczy kolejny szczyt o polityce obronnej za pięć lat.

Dlatego polscy politycy (najprawdopodobniej są w zasięgu iskanderów) muszą podejmować odpowiedzialne decyzje zbrojeniowe. Tarczę dla Polski trzeba budować, nie licząc nadmiernie na sojuszników.