Już wcześniej usiłowałem dostać się do stojącej na czele opozycji Aung San Suu Kyi, przetrzymywanej w areszcie domowym przez rządzącą tam juntę wojskową. Ograniczony dostęp do niej mieli tylko dyplomaci amerykańscy, innym uniemożliwiano kontakt, więc i mnie się nie udało. Niemniej jednak, wykorzystując doświadczenie zdobyte w gonitwach z bezpieką w niezapomnianych czasach jaruzelskich, postanowiłem ponowić próbę. Jakaś młoda Birmanka, widząc, jak oczekuję na zamówiony cichaczem samochód, podeszła do mnie i odezwała się szeptem:
– Jedziesz do Pani, ja wiem. Powiedz jej, że wszyscy ją kochamy.
Pomyślałem, że to prowokacja tutejszej bezpieki. Ale tym razem wyprawa się udała. Cóż mogłem przekazać starzejącej się, lecz wciąż pięknej kobiecie uwięzionej w lichym domu na przedmieściu Rangunu? Wyrazy solidarności z kraju, gdzie zwyciężyła „Solidarność". Ciche pozdrowienie od jej rodaczki z ulicy? Nic przecież nie wskazywało, że kiedykolwiek przyjdą dla jej kraju lepsze czasy. W 1990 roku kierowana przez nią Narodowa Liga na rzecz Demokracji (NLD) wygrała wybory nieopatrznie ogłoszone przez ówczesną juntę. Wojskowi szybko się opamiętali, przywódczynię opozycji zamknięto w domu, jej współpracowników w prawdziwych więzieniach.
Kiedy rok przedtem składałem listy uwierzytelniające przywódcy junty, generałowi Than Shwe, usiłowałem podejmującym mnie wojakom opowiedzieć o polskiej drodze do demokracji. Przecież u nas też rządziła junta, cóż z tego, że komunistyczna? Przecież u nas także lidera opozycji pilnowała w domu bezpieka, a jego zwolenników pałowano podczas ulicznych demonstracji. Pokojowa Nagroda Nobla przyznana polskiemu przywódcy w 1983 roku również wydawała się gestem bez znaczenia jak Nobel dla Pani w 1991 r.
– Przecież Birma też może skorzystać z naszych doświadczeń! – zakończyłem.
– A ile było w tej Polsce uzbrojonych mniejszości? – przerwał generał moją gadaninę. No właśnie, dobre pytanie. Tylko niespełna 60 procent mieszkańców tego pięknego kraju to Birmańczycy. Reszta to różnojęzyczne plemiona rozproszone w górach i dżungli, zaprawione w walkach partyzanckich, najczęściej czerpiące zyski z narkotykowego biznesu. Jak zapanować nad taką mozaiką? A jednak już kilka lat temu zaczęło się coś zmieniać. Kierownictwo junty przeszło w ręce młodszych i światlejszych generałów, którzy szybko przebrali się w cywilne garnitury. Ponad trzy lata temu doszło do wyborów – powiedzmy „ćwierć wolnych" – w wyniku których Pani nie tylko wyszła z zamknięcia, ale została członkinią parlamentu. Międzynarodowa izolacja Birmy została przerwana.
I teraz w ostatnią niedzielę wybory już prawie wolne (tylko 25 proc. miejsc zagwarantowano dla wojska), na mocy których prawdopodobnie NLD utworzy rząd z Panią na czele. Ziarno zasiane nad Wisłą zakiełkowało nad Irawadi. Na pewno kiedyś w Birmie powstaną jej pomniki. Myśmy jeszcze swoich nie postawili, przyjdzie na to czas. Ale już teraz spróbujmy zrozumieć i uszanować to, czego sami dokonaliśmy w 1980 i 1989 roku. I bądźmy wreszcie z tego dumni!