Bruksela długo przekonywała Pekin do podpisania porozumienia o inwestycjach, które dałoby firmom z UE łatwiejszy dostęp do gigantycznego chińskiego rynku. Gdy w końcu druga strona zdecydowała się na ten krok, pojawiły się apele, żeby poczekać.

„Europa powinna dążyć do sprawiedliwego, wzajemnie korzystnego kompleksowego porozumienia w sprawie inwestycji z Chinami. Potrzebujemy więcej konsultacji i przejrzystości, włączenia naszych transatlantyckich sojuszników. Dobra, wyważona umowa jest lepsza niż przedwczesna" – napisał na Twitterze szef polskiego MSZ Zbigniew Rau. Do ostrożności namawia też grupa ekspertów z wielu państw UE we wspólnym liście opublikowanym przez portal EUobserver. „Mimo siedmiu lat twardych negocjacji tekst jest tylko skromnym krokiem w promowaniu wzajemności, neutralności konkurencyjnej i równych szans. Zawarcie go teraz to symboliczne zwycięstwo Chin: utrudnia Europie angażowanie się w krytyczne sprawy w przyszłości" – piszą eksperci.

Europa potrzebuje umowy o inwestycjach z Chinami, bo obecnie jej firmy są praktycznie niechronione na tym rynku. Istnieje 25 zawartych w przeszłości dwustronnych umów między państwami UE a Chinami. Obejmują one 26 państw, bez Irlandii (Belgia i Luksemburg mają jedną umowę). Każda jest trochę inna, choć generalnie można je podzielić na dwie kategorie: te starsze dają znacznie mniejszą ochronę niż te nowsze, np. jeśli chodzi o zakres arbitrażu z rządem chińskim. Polska umowa należy do starszych. Zawarto ją jeszcze w 1989 r.

Z dostępnych nieoficjalnych informacji o przebiegu negocjacji wiadomo o otwarciu się Chin na europejskie inwestycje w sektorze pojazdów elektrycznych, telekomów, a także finansów, nieruchomości i przesyłania towarów. Według autorów wspomnianego listu ustępstwa w sprawie pojazdów elektrycznych pozwoliły Pekinowi zyskać wsparcie Niemiec, a dopuszczenie inwestorów do szpitali miało przekonać Francję.

Jednak, zauważają krytycy, z Chinami trzeba uważać. Po pierwsze, ustępstwa mogą być pozorne. Chiny np. otworzyły się wcześniej na europejskich ubezpieczycieli, ale postawiły wymóg uzyskania licencji na działalność w każdej prowincji. Tak może być również w przypadku tej umowy. Może się okazać, że pojawią się dodatkowe wymogi administracyjne, które sprawią, że w praktyce dostęp do chińskiego rynku będzie utrudniony. A jednocześnie, i to drugi argument przeciwko pospiesznemu podpisywaniu porozumienia, z taką umową w garści Chiny będą mogły argumentować na scenie międzynarodowej, że przecież dopuszczają inwestycje.

Ale chodzi o coś więcej. Jakie przełożenie ma Europa, żeby sama zmusić Chiny do zmiany zachowania? Zwolennicy porozumienia uważają, że UE wzmocni swoją pozycję w relacjach z USA, bo będzie miała już jakąś umowę z Chinami, podobną do podpisanej przez prezydenta Donalda Trumpa. Krytycy sądzą jednak, że skutki będą negatywne, tym bardziej że administracja przyjaznego UE Joe Bidena prosi, by Unia poczekała. – Jeśli Europa zawrze tę umowę, prawdopodobnie straci zaufanie partnerów o podobnych poglądach, w tym USA – uważa Mikko Huotari, dyrektor Instytutu Studiów nad Chinami Mercator, sygnatariusz listu ekspertów.

Wreszcie chodzi nie tylko o handel, ale też o prawa człowieka, w których promowaniu UE jest światowym czempionem. I tutaj sprawę twardo stawia Parlament Europejski. Polityka handlowa nie toczy się w próżni. To, jak zostanie rozwiązany problem pracy przymusowej (chodzi o obozy dla Ujgurów – red.), przesądzi o losie porozumienia – powiedział Bernd Lange, przewodniczący Komisji ds. Handlu Międzynarodowego w PE. A eurodeputowani muszą wydać zgodę na każde wynegocjowane porozumienie handlowe.