Badacze z Uniwersytetu Columbia, którzy opublikowali kilka dni temu przygotowany na zlecenie ONZ „Raport o szczęściu na świecie", chwalili się, że to pionierskie przedsięwzięcie. Faktycznie jednak wpisuje się on w krytykę Produktu Krajowego Brutto (PKB) jako najpowszechniejszej miary rozwoju ekonomicznego, którą eksperci uprawiają nie od dziś. W końcu popularny alternatywny wobec PKB wskaźnik – Indeks Rozwoju Społecznego (Human Development Index – HDI), który oprócz dochodu na jednego mieszkańca uwzględnia kilka miar upowszechnienia edukacji oraz oczekiwaną długość życia – oenzetowska agenda ds. rozwoju UNDP wylicza już od niemal 20 lat.
Nie tylko rynek
Problem „obsesji" na punkcie PKB rzeczywiście jednak jest traktowany coraz poważniej. Świadczy o tym choćby to, że w Komisji ds. Pomiaru Kondycji Gospodarki oraz Postępu Społecznego (CMEPSP), którą w 2008 r. powołał zaniepokojony spadającym zaufaniem społeczeństwa do oficjalnych danych statystycznych prezydent Francji Nicolas Sarkozy, zasiadało aż pięciu laureatów ekonomicznego Nobla. – To, co decydujemy się mierzyć, wpływa na to, co robimy. Jeśli nasze pomiary są felerne, nasze decyzje także będą zaburzone – pisali w raporcie podsumowującym ich prace.
Zarzuty wobec PKB jako podstawowego wskaźnika gospodarczego można podzielić na dwie kategorie. Do pierwszej należą argumenty, że jest on po prostu nieprecyzyjny. Często wynika to bezpośrednio z jego definicji jako sumy wartości dóbr i usług finalnych wytworzonych na terenie danego kraju w danym okresie. Pominąwszy to, że podział na dobra finalne i pośrednie nie zawsze jest ostry, siłą rzeczy PKB nie obejmuje produkcji, która nie przechodzi przez rynek. Dotyczy to nie tylko szarej strefy, lecz także wielu obszarów legalnej działalności. Przykładowo, im większa część społeczeństwa rezygnuje z prac domowych na rzecz restauracji, sprzątaczek i nianiek, tym wyższe PKB. W efekcie wskaźnik ten zawyża standard życia materialnego w państwach wysoko rozwiniętych w porównaniu z mniej skomercjalizowanymi krajami rozwijającymi się.
Trudne rachunki
Istnieje też cała gama dóbr, które przechodzą przez rynek i mają ceny, ale nieadekwatne. Przykładowo, bańki na rynku nieruchomości podbijają PKB, ale jest to iluzoryczny i przejściowy wzrost. Najczęściej jednak podaje się w tym kontekście przykład dóbr, w których cenie nie są uwzględnione negatywne efekty (np. szkody środowiskowe, hałas) powstające przy produkcji lub konsumpcji. Istnieją też tzw. antydobra, które podwyższają PKB, choć nie są przez społeczeństwo pożądane. To np. korki drogowe, które zwiększają popyt na paliwo, czy wysoka przestępczość, która podnosi wydatki na policję i więziennictwo.
Wiele dóbr i usług w ogóle nie ma jednak rynkowej ceny. Jest tak np. w przypadku usług świadczonych przez państwo, takich jak edukacja i służba zdrowia. Przyjęta praktyka wyceniania tego typu „produkcji" na podstawie włożonych w nią nakładów ma tę wadę, że trudny do uchwycenia jest wzrost jakości tych usług. W czasie gdy PKB upowszechniał się jako miara zamożności społeczeństwa (opracowano ją w latach 30. XX w.), komplikacja ta nie była zanadto uciążliwa. Od tego czasu znacząco jednak wzrósł udział państwa w gospodarce: o ile 60 lat temu rząd Francji odpowiadał za 27,6 proc. PKB, o tyle dziś jest to niemal dwukrotnie więcej.
Zmiany jakości dóbr i usług związane z postępem technologicznym są bolączką mierzących PKB statystyków nie tylko w odniesieniu do sektora publicznego. W krajach rozwiniętych poprawa standardu życia w większości dokonuje się dziś za sprawą wzrostu jakości konsumowanych produktów, a nie ich ilości. To utrudnia pomiar inflacji, czyli wzrostu cen dóbr i usług niespowodowany poprawą ich jakości. A zmiany PKB podaje się zazwyczaj w ujęciu realnym, czyli skorygowanym o inflację.
Nieuchwytna jakość
Takich mankamentów PKB jako miary zamożności społeczeństw jest więcej. Ich wspólną cechą jest jednak to, że mniej lub bardziej precyzyjnie daje się je ominąć dzięki postępom w dziedzinie statystyki.
Inaczej sprawa ma się z drugą kategorią zarzutów pod adresem wskaźnika: że nie mierzy on tego, co dla ludzi naprawdę ważne. W tym duchu utrzymany był właśnie raport CMEPSP. Przewodniczący komisji Joseph Stiglitz tłumaczył, że politycy często mylą wąskie miary aktywności rynkowej, takiej jak PKB, z pojęciem dobrobytu. Koncentrując się na powiększaniu PKB, tracą z oczu rzeczywiste potrzeby społeczeństwa.
Takie wątpliwości ekonomiści mają co najmniej od 1974 r., gdy Richard Easterlin zauważył, że powyżej granicy ubóstwa zamożność społeczeństwa nie przekłada się już w bezpośredni sposób na poziom jego satysfakcji z życia. Dzieje się tak m.in. dlatego, że większość ludzi przywiązuje dużą wagę do czasu wolnego, a jego ilość nie jest uwzględniana w standardowych miarach dobrobytu. Na przykład w Korei Płd. i Czechach poziom PKB per capita jest zbliżony, ale aby go wypracować, statystyczny Koreańczyk pracuje rocznie (według OECD) ponad 2300 godzin, a Czech niespełna 2000.
Oprócz wolnego czasu niebagatelne znaczenie dla satysfakcji ludzi ma ich stan zdrowia czy poziom wykształcenia, uwzględnione we wspomnianym już wskaźniku HDI. Już te dwa czynniki wystarczą, aby dramatycznie zmienić uszeregowanie krajów na drabinie dobrobytu. Problem w tym, że takich niematerialnych aspektów wpływających na jakości życia jest znacznie więcej i nie sposób ująć ich w jednym wskaźniku. Wygląda więc na to, że jeszcze długo dobrobyt będzie się wyrażało jednak w PKB.