Zakończenia nie zdradzę, acz – co też wpisane w ten gatunek – łatwo się go domyślić. Zwłaszcza gdy idzie o związek tytułowego narzeczonego, czyli „Szymona od puknięcia” (tylko proszę bez mało eleganckich skojarzeń) i Kariny, która tak właśnie zapisała go w komórce. A gra Karinę świetna, pełna wdzięku, jakże wyrazista Julia Kamińska; znakomicie, że powraca przed kamery po niegdysiejszej „Brzyduli". Partneruje jej debiutujący w tym gatunku (bo nie na dużym ekranie) urodziwy Piotr Stramowski, który stworzył ciepłą postać „taryfiarza z ogonem” (znów proszę bez skojarzeń). Z romansowym wątkiem spleciony jest kolejny – uzdolnionego wokalnie chłopca, który trafia do wyławiającego talenty telewizyjnego show. Chłopca chowanego przez zapobiegliwego, oddanego mu dziadka (zgrabnie granego przez Krzysztofa Stelmaszyka), jak i zmuszonego przez życie do zamiany piłki nożnej na taksówkę troskliwego ojca

Dużym walorem tej sympatycznej opowieści są świetne zarysowane, pełnokrwiste postaci, także te z drugiego planu, a także ich niezwykle naturalnie brzmiące dialogi. To duży atut filmu, w którym nie ma również ani zbyt pospiesznej akcji, ani sztucznego piętrzenia sytuacji komediowych, bądź epatowania seksem, czy wulgaryzmami. Acz wszystko to, oczywiście, jest.

Mamy zabawną, bezpretensjonalną i z kulturą opowiedzianą historię, ze świetnymi rolami – z Piotrem Adamczykiem w roli zblazowanego, telewizyjnego reżysera, narcyza i bałamuta na czele. W tym filmie aktor poderwał się do naprawdę wysokich komediowych lotów (polecam scenę, gdy dialoguje jako dwie postaci).

Grają też znani i lubiani, jak Sonia Bohosiewicz, także w roli narzeczonej, co to podejrzewa swego wybranka (Tomasz Karolak) o to, że jest gejem. Jest i gej, jakże męski – w tej roli Mikołaj Roznerski. Klasą dla siebie jest Dorota Kolak w roli mamy, kłopotliwie dla córek zapobiegającej o ich narzeczonych, snobki i despotki.

Twórcy filmu (scenariusz Katarzyna Sarnowska i Katarzyna Priwieziencew) wbijają szpilki tak w rodzime obyczaje, modę na rozmaite talent show, jak i „500 plus”, ale wszystko z umiarem i elegancją. Wszak to komedia romantyczna, a nie stadionowe występy kabaretów.

Mimo iż „Narzeczony na niby”, przyjemność podczas oglądania jest w pełni prawdziwa. Zasługa to Bartosza Prokopowicza, który jako reżyser debiutuje w tym gatunku, a już zupełną debiutantką jest producentka filmu Agnieszka Odorowicz, niegdyś wiceminister kultury, która ustawą o kinematografii i stworzeniem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (kierowała nim przez dekadę) stworzyła środowisku warunki do wyjścia z finansowej zapaści. Teraz stanęła po drugiej stronie. I to nie na niby, za to z dużymi planami na przyszłość…