To autentyczna legenda światowego kina: aktor, reżyser, producent, kompozytor, a praca na planie po obu stronach kamery wciąż jest jego żywiołem. Jako reżyser Clint Eastwood zrealizował 27 tytułów – gorszych, lepszych, ambitnych i banalnych. Najnowszy „Przemytnik", w którym także zagrał tytułową postać, należy raczej do tej ostatniej kategorii.

Mrówka idealna

Film powstał z inspiracji artykułem w „The New York Magazine". To historia osiemdziesięcioparolatka, weterana wojny koreańskiej, zbankrutowanego ogrodnika, który przegrał rywalizację z internetem. Rodzinę porzucił dawno temu, córka od 12 lat się do niego nie odzywa, obrażona nieobecnością na jej ślubie.

Samotny i zadłużony, jeżdżący rozklekotanym pikapem, niespodziewanie dostaje propozycję przewożenia tajemniczych przesyłek. Jest mrówką idealną. Starca, który nie dostał nigdy mandatu, nikt nie posądzi o przemycanie wartej miliony dolarów kokainy. A jego nie interesuje, co ani dla kogo przewozi.

Zarobione duże pieniądze mogą uatrakcyjnić jesień jego życia, a przede wszystkim pomóc we wkupieniu się w łaski rodziny. Sztampowo ukazanych mafiosów i schematycznego, pozbawionego napięcia rozwleczonego wątku tropiących go agentów DEA nie są w stanie zrekompensować nieliczne humorystyczne sceny bliskie komedii obyczajowej. Złego wrażenia dopełnia finałowa przemiana w oblany lukrem rodzinny melodramat, którego wielokrotnie powtarzaną  „odkrywczą" prawdą jest stwierdzenie o wyższości rodziny nad pracą.

Clint Eastwood to twórca od lat doceniany, czego dowodem m.in. 11 oscarowych nominacji, z których cztery zamieniły się w pozłacane statuetki za najlepszy film roku i reżyserię („Bez przebaczenia", „Za wszelką cenę"), 5 Złotych Globów (z 11 nominacji), nagrody w Cannes (Honorowa Złota Palma).

Brudny jak Harry

Początki jego przygody z kinem nie były imponujące. Zaczęło się 65 lat temu od epizodów w B-klasowych produkcjach Universalu („Zemsta potwora", „Tarantula"), jeszcze bez nazwiska w czołówkach. Pierwszą główną rolę zagrał w 216 odcinkach westernowego serialu telewizyjnego „Rawhide" (1959–1965).

Jego aktorskie emploi na długie lata określiły włoskie antywesterny Sergia Leone („Za garść dolarów", „Za garść dolarów więcej", „Dobry, zły brzydki"), gdzie pojawiał się jako milczący Nieznajomy, cyniczny i brutalny, kładący trupem każdego, kto wejdzie mu w drogę. Nikogo nie bronił, nie walczył w imię żadnej idei.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

W latach 70. i 80. taki właśnie był jego ekranowy wizerunek. Dzięki serii filmów, którą zapoczątkował „Brudny Harry" (1971), stał się symbolem tego nurtu amerykańskiego kina, w którym wszelkie wartości zastąpiła gloryfikacja gwałtu, okrucieństwa i przemocy. Po raz pierwszy na ekranie pojawił się policjant strzelający do przestępcy, nie przerywając jedzenia kanapki.

Dla wielu widzów, za sprawą tych ról, stał się postacią dwuznaczną. Posypały się epitety:  reakcjonista, rasista, nazista. W jego małomówności, szorstkości, kamiennej, pozbawionej emocji twarzy dopatrywano się ubóstwa aktorskich środków. Obdarzono go mianem Johna Wayne'a epoki Reagana, co w ustach liberalnych oskarżycieli nie było komplementem. Ich goryczy dopełnił „Wzgórzem Rozdartych Serc" (1986) gloryfikującym inwazję na Grenadę, której celem było utrzymanie wpływów USA w regionie.

Własna wytwórnia

Artysta nie przejmował się obelgami. Wielokrotnie powtarzał, że przekonująco grając łajdaków, prywatnie nie musi być do nich podobny. Nie uważał się przy tym za wielkiego aktora. „Nie jestem Paulem Newmanem" – mawiał.

W 1967 roku założył działającą do dziś wytwórnię Malpaso Production i na poważnie zajął się reżyserią, uważając, że większą satysfakcję sprawia mu występowanie jako reżyser, producent, aktor w jednym filmie rocznie niż w kilku tylko jako aktor. Był konsekwentny: obsadził się w głównych rolach w 21 swoich filmach, ale jego reżyserskie zainteresowania nie dają się łatwo zaszufladkować.

Traktowany początkowo z wyższością jako tuzinkowy specjalista od westernów, dopiero po czwartym („Bez przebaczenia", 1993) zyskał status odnowiciela tego wymierającego gatunku. Kręcił dramaty wojenne („Sztandar chwały", „Listy z Iwo Jimy"), obrazy kryminalno-obyczajowe, komedie, thrillery, melodramaty, a nawet filmy fantasy.

Uznanie przyniosły mu filmowe biografie: „Bird" o saksofoniście Charliem Parkerze, „Biały myśliwy, czarne serce" o reżyserze Johnie Hustonie, „Invictus-Niepokonany" o czarnoskórym prezydencie RPA Nelsonie Mandeli czy „J. Edgar" o wieloletnim dyrektorze FBI Hooverze.

W ostatnich latach, chcąc podkreślić swój niejednokrotnie artykułowany publicznie żarliwy patriotyzm, skupił się na pochwale współczesnego amerykańskiego bohaterstwa. Chwilami nazbyt niestety laurkowej.

W „Snajperze" (2014) sportretował więc Chrisa Kyle'a, walczącego w Iraku legendarnego żołnierza amerykańskiej armii, w „Sullym" (2016) – pilota Chesleya Sullenberga, który rejsowym samolotem wodował na rzece Hudson w Nowym Jorku. Kolejny obraz z tej serii to „15:17 do Paryża" (2018) przypominający brawurową i spontaniczną akcję obezwładnienia terrorysty przez czterech amerykańskich żołnierzy (w filmie zagrali oni siebie).

Mimo licznych zajęć nie ominęła go kariera polityka. Za jego sprawą w latach 1986–1988 jako burmistrza Carmel-by-the-Sea w północnej Kalifornii nad Oceanem Spokojnym, gdzie zamieszkał, zaniedbane miasteczko stało się miejscem nowoczesnym i atrakcyjnym turystycznie.

Do dziś działa tam jego restauracja Clint Eastwood's Mission Ranch. Jego karierze filmowca towarzyszyły naprzemiennie upokorzenia i sukcesy. Dziś nie zwraca uwagi na zaawansowany wiek, robi, co chce, i nie musi już nikomu niczego udowadniać.