Zrealizowany przez pana serial „Dochodzenie”, który można właśnie oglądać w Polsce w Arte.tv, oparty jest na prawdziwej historii morderstwa szwedzkiej dziennikarki. 10 sierpnia 2017 roku Kim Wall poszła na wywiad z biznesmenem Peterem Madsenem, który miał się odbyć na jego prywatnej łodzi podwodnej. I nigdy do domu nie wróciła. To fascynujący serial. Nie widzimy w nim ofiary ani mordercy. Interesują pana policjanci, którzy starają się odkryć, co zdarzyło się tamtego dnia na łodzi.
Pisząc o tej tragedii dziennikarze skupiali się na sensacyjnych doniesieniach i opisach, jak potwornie brutalne było to morderstwo. Ich relacje epatowały opisami przemocy i okrucieństwa. Ja długo rozmawiałem z oficerem policji Jensem Mollerem, który prowadził tamto śledztwo. I choć w jego opowieściach był mrok, znalazłem w nich również jakiś rys głębokiego człowieczeństwa. Chciałem opowiedzieć o determinacji policjantów w dochodzeniu do prawdy.
Tobias Lindholm: Świat zafascynowany złem
Pokazał pan ogromne poświęcenie, nierzadko zmuszające ich do zaniedbywania swojego życia prywatnego. Wszystko po to, by dostarczyć prokuratorowi niepodważalne dowody zbrodni. Bo każda wątpliwość działa na rzecz podejrzanego.
Ta historia przypomniała mi dawne szwedzkie książki kryminalne, w których przeglądało się społeczeństwo. Poczułem, że trzeba opowiedzieć tę historię w dzisiejszym świecie, który jest zafascynowany złem i po cichu akceptuje przemoc mężczyzn wobec kobiet.
Pokazuje pan też wyjątkową relację między policjantem i rodzicami ofiary, co nie zdarza się w policyjnych śledztwach często.
Jens rzeczywiście nie odciął rodziców Kim od tej sprawy. Na przykład jego pomysłem było włączenie do śledztwa szwedzkich psów specjalnie szkolonych do wyszukiwania ludzkich szczątków. Niezwykła wydała mi się też przyjaźń, która narodziła się między dwoma ojcami. Jeden z nich właśnie został dziadkiem, drugi nie zostanie nim nigdy. Wspaniała była też matka Kim, mimo tragedii próbująca zachować w sobie siłę. I tak to rzeczywiście wyglądało.
Naturalizm ma w kinie swoją siłę. Pozwala widzieć świat takim, jakim on jest.
Pana serial jest wciągającą opowieścią fabularną, ale w trzymaniu się faktów, odtwarzaniu kolejnych etapów śledztwa czy śledzeniu akcji szukania w morzu szczątków ofiary, zbliża się do dokumentu.
To styl, który pani z pewnością zna z polskiego kina, gdzie wielu reżyserów i operatorów próbuje dotknąć prawdy. Naturalizm ma w kinie swoją siłę. Pozwala widzieć świat takim, jakim on jest. W „Dochodzeniu” wyeliminowałem postacie mordercy i ofiary, chcąc skupić się na samym śledztwie. Początkowo nawet myślałem o innym scenariuszu, ale Jens powiedział mi, że on nigdy nie brał udziału w przesłuchaniach mordercy. Dowiadywał się o ich przebiegu od prokuratora. On sam skupiał się na rozpracowaniu sprawy i dostarczeniu niepodważalnych dowodów zbrodni. Pomyślałem, że skupienie się na jego działaniach sprawi, że nie będziemy żerować na okrucieństwie i perwersji, lecz opowiemy o odpowiedzialności, rzetelności i dążeniu do prawdy.
Po tej serii wyreżyserował pan film „Dobry opiekun”, również oparty na prawdziwej historii. To znów była prawdziwa historia pielęgniarza, który zabijał pacjentów szpitalnego oddziału intensywnej terapii. I pielęgniarki próbującej niepokojącą ilość zgonów wyjaśnić. Myśli pan, że życie pisze najlepsze scenariusze?
Przyznaję, że od czasów młodości nigdy nie byłem wizjonerem. Zawsze kochałem świat, w którym żyłem, na który patrzyłem. Próbowałem znaleźć jakiś porządek w codziennym życiu. I pisząc scenariusze, też staram się znaleźć porządek w tym, co nas otacza. Więc tak, uważam, że rzeczywistość przynosi ciekawsze historie niż moja wyobraźnia.
Tobias Lindholm o Vinterbergu
Billy Wilder powiedział kiedyś, że zaczął kręcić filmy, bo nie mógł ścierpieć jak reżyserzy niszczyli jego scenariusze. Ale to chyba nie jest pana przypadek. W końcu współpracuje pan stale jako scenarzysta z Thomasem Vinterbergiem.
Thomas jest wspaniałym artystą, bardzo się przyjaźnimy. Nie uważam, żeby – jak mówi Wilder – niszczył moje scenariusze, ale czasem interpretuje je inaczej niż ja bym chciał. Jakiś konflikt między scenarzystą i reżyserem zawsze istnieje. Proszę mnie źle nie zrozumieć, kocham Thomasa, bardzo lubię z nim pracować, piszę dla niego najlepiej jak potrafię. I to są projekty dla niego, nie dla mnie. Pewnie jeszcze coś razem zrobimy. Jednak przyznaję, że im starszy jestem, tym bardziej staję się niecierpliwy. I coraz bardziej mi zależy, żeby iść własną drogą. Dlatego zacząłem sam przenosić na ekran swoje scenariusze. Z Thomasem dotykamy wspaniałego kina, ja robię obrazy skromniejsze, może trochę bardziej awangardowe. Teraz szykuję się do wystawienia sztuki w teatrze i realizacji show.
Co jest na początku pana pracy?
Biała kartka. I strach przed nią. Ja zawsze zaczynam od jakiegoś podstawowego pytania. Kiedy startowałem z projektem „Na rauszu” zadałem sobie pytanie: „Czy po szklaneczce wina staję się lepszą wersją samego siebie?”. Było lato, miałem dwójkę nowonarodzonych bliźniaków i jedno starsze dziecko, trzyletnie. Byliśmy bardzo szczęśliwi, ale roboty było co nie miara. I zauważyłem, że, jak wieczorem siadałem spokojnie i wypijałem szklaneczkę wina, byłem znacznie szczęśliwszy. Ale zacząłem się zastanawiać: co by było, gdybym sięgnął po kolejną szklaneczkę. I następną?
Jakiś konflikt między scenarzystą i reżyserem zawsze istnieje.
Muszę pana spytać o duńskie kino. Nie wspominajmy już o Aście Nielsen czy Dreyerze, bo przecież i w ostatnich dziesięcioleciach byli Bille August, Lars von Trier, Dogma 95, Vinterberg. Jak tłumaczy pan tak duże sukcesy tak małej kinematografii?
Myślę, że nie moglibyśmy tych sukcesów odnosić bez Larsa von Triera. To geniusz, który mógłby kręcić swoje wspaniałe filmy na całym świecie. Mamy szczęście, że jest Duńczykiem. Stworzył duński fenomen. Mały kraj, liczący kilka milionów ludzi, stworzył dzieła oglądane na całym świecie. Miliony ludzi kupowało bilety, żeby je zobaczyć.
Czytaj więcej
Oryginalna produkcja HBO Original „Proud” uznana został za najlepszy serial zaprezentowany na prestiżowym festiwalu we Francji. Nagrodę odebrał też...
Podobnym fenomenem jest kinematografia islandzka...
Przemysł filmowy w Islandii jest bardzo blisko związany z Danią, bo wielu tamtejszych twórców właśnie w Kopenhadze studiowało reżyserię. Jednym z moich ulubionych reżyserów jest Hlynur Palmason. To genialny artysta. A nasz świat jest tak niewielki, że nasze dzieci chodziły do tego samego przedszkola w Kopenhadze. A my spotykaliśmy się wcześniej w szkole filmowej. Ważną postacią stał się tam dla nas nauczyciel i mentor Morgens Rutov, który razem z Thomasem Vinterbergiem napisał scenariusz „Festen”, potem również „Gdy mężczyzna wraca do domu” i „Komuny”, był też konsultantem scenariusza „Idiotów” Larsa von Triera. Bez niego nie byłoby naszego kina.
Był czas, gdy w duńskiej szkole uczył też Wojciech Marczewski.
On miał świetny kontakt z Rutovem. Razem tworzyli wspaniały duet. Powiedział mi kiedyś: „Są dwa typy reżyserów. Pierwszy to ci, którzy na planie kochają pracować nad tekstem, tworzyć klarowne sytuacje, analizować, porządkować. Oni wychodzą na plan z bardzo otwartym, nawet trochę bałaganiarskim scenariuszem. Gdyby mieli tekst całkowicie precyzyjny, w czasie zdjęć zanudziliby się. Ale jest też inny typ reżyserów. Oni zawsze wszystko mieszają, reagują na sytuacje, kolory, nastroje. Ci muszą mieć bardzo precyzyjny scenariusz, bo inaczej utonęliby w improwizacji i szaleństwie.
Teraz szykuję się do wystawienia sztuki w teatrze i realizacji show.
A którym typem reżysera jest pan?
Kiedyś wszystko chciałem czyścić i poprawiać, dzisiaj mam chyba w sobie więcej szaleństwa. I podejrzewam, że w przyszłości będzie się to pogłębiać.
Lindholm o ataku na World Trade Center
Żyjemy w skomplikowanym świecie. Pełnym wojen i dronów spadających nie tylko na obiekty wojskowe, ale też domy zwykłych ludzi. W czasie odradzających się ruchów faszystowskich, tworzenia rządów populistów, chwiejącej się demokracji. Jakiego kina dzisiaj potrzebujemy – mocnego, politycznego, takiego, jakie proponują choćby Irańczycy czy może trzeba skromnie przypominać o podstawowych wartościach? W ostatniej edycji Oscarów w kategorii filmu zagranicznego „Wartość sentymentalna” Joachima Triera wygrała z czterema mocnymi obrazami politycznymi.
Myślę, że najważniejsza jest dzisiaj nadzieja. Świat staje się coraz bardziej zwariowany. Ja czuję, że trzeba opowiadać historie o sile człowieka, o tym, jak ważne są solidarność, przyjaźń, miłość – te wszystkie „staroświeckie” wartości, które gdzieś po drodze gubimy. Musimy sobie przypominać, jak ważna jest prawda. Jak ważne są emocje. Wspólnota. I prawda. Wspomniała pani o „Wartości sentymentalnej”. Joachim Trier to świetny reżyser, ale też myślę, że sukces jego filmu wynika i stąd, że potrzebujemy dzisiaj przyjrzeć się rodzinie, zastanowić się, dlaczego jest dysfunkcjonalna, a kiedy daje nam poczucie bezpieczeństwa.
Kiedy żyliśmy w Europie coraz bogatszej i bezpieczniejszej, mogliśmy sobie opowiadać o zbrodniach i niegodziwościach. Dzisiaj świat jest inny: trzeba szukać światła. Solidarności. Siły. Nadziei właśnie.
Jednak przyznaję, że im starszy jestem tym bardziej staję się niecierpliwy. I coraz bardziej mi zależy, żeby iść własną drogą. Dlatego zacząłem sam przenosić na ekran swoje scenariusze.
To co teraz zaproponuje pan widzom?
Kończę pisanie scenariusza miniserii pod tytułem „9.12” o kryzysie zdrowotnym, jaki dotknął wielu ludzi po atakach z jedenastego września 2001 r.. Tysiące ludzi cierpiało i umierało z powodu zatrucia toksynami, nie dostając żadnej pomocy ze strony amerykańskiego systemu zdrowotnego. To historia o tym, jak obywatele zostali zlekceważeni przez państwo, ale i o tym, ile wówczas znaczyła solidarność zwyczajnych obywateli. Zaczynam zdjęcia w Nowym Jorku. Już w sierpniu.