Pisząc scenariusz „Iluzji” myślała pani o zaginięciu Iwony Wieczorek?

Wszystko zaczęło się dużo wcześniej. Po studiach zaczęłam pracować w telewizji. Bohaterką jednego z moich pierwszych reportaży była kobieta, której córka została zamordowana, a ona egzystowała jakby w podwójnej przestrzeni. W domu życie toczyło się w miarę normalnie, ale w pokoju córki czas się zatrzymał. W tej kobiecie i w zonie, którą stworzyła było coś absolutnie niezwykłego, co zostało we mnie na długo. Przypomniałam sobie to, gdy zobaczyłam fotoreportaż Karoliny Jonderko „Puste pokoje” - zdjęcia 15 pokoi należących do osób, które zaginęły bez śladu.

Podobno początkowo chciała pani zrobić dokument o ludziach, którzy muszą zmierzyć się z zaginięciem bliskiej osoby. Dlaczego taki film nie powstał?

Widziałam ich ogromny ból. Przywoływałam ich wspomnienia, a nie mogłam im niczego ofiarować. W żaden sposób pomóc.

Ale przygotowując scenariusz „Iluzji” znów nawiązała pani kontakt z rodzinami, które latami szukają osób zaginionych?

Tak. Trafiłam wtedy też do mężczyzny z Krakowa, który szukał syna od 27 lat. Jego rodzina rozpadła się, żona wyprowadziła się, dzieci się od niego odwróciły. Bo szukając nieobecnego syna, zaniedbywał ludzi, którzy byli obok. Nikt nie mógł jego obsesji wytrzymać. Został sam. Niemal namacalnie czuło się wokół niego bezczas, pustkę. To potworna tragedia: bliski człowiek znika z twojego życia i nie wiadomo, co się z nim stało. Nie można nawet przeżyć żałoby. Nie ma możliwości zamknięcia swojej relacji, przetrawienia bólu, próby poderwania się do życia.

Dużo jest takich przypadków?

Dokumentowałam ten temat kilka lat temu. Wtedy było ok. 20 tysięcy zaginięć rocznie. Ich powodem jest często depresja, ale nie tylko. Duża część osób wraca w końcu do domu, w najbardziej tragicznych przypadkach znajdowane są zwłoki. Ale są i tacy, którzy znikają bez śladu. Im dłuższy czas upływa od zaginięcia, tym bardziej maleją szanse na ich odnalezienie. Kiedy przechodzimy z miesięcy w lata, a z lat w dziesięciolecia, staje się to niemal niemożliwe. Ale najbardziej zdesperowani nie rezygnują.

W wyniku tej dokumentacji, powstał scenariusz filmu fabularnego.

Najważniejsze wydawało mi się oddanie stanu emocjonalnego tych ludzi. Pracowałam z zawodowym scenarzystą Piotrem Borkowskim. Dużo rozmawialiśmy i na jednym ze spotkań Piotrek wymienił tytuł „Przygody” Antonioniego z tropem egzystencjalnej tajemnicy. Ta tajemnica zdefiniowała nasze myślenie o filmie.

„Iluzja” zapowiadana była jako kryminał.

Od początku graliśmy z koncepcją kryminału. Film zaczyna się od śledztwa, poszukiwań. Ale też zaraz detektyw się wycofuje, policja nie ma pola działania. Zostaje matka. Tropy, których się kurczowo trzyma, nie prowadzą jej do dokądkolwiek, jednak psychicznie pomagają trwać. Jest też ojciec, który próbuje przekonać żonę, by spróbować budować życie od nowa.

Czy w takich przypadkach pomaga psychoterapia? Ci ludzie chcą się jej poddać?

Spotykałam się z osobami, które były w stanie zawieszenia bardzo długo. Często pochodziły z małych miejscowości, gdzie dostęp do psychoterapii jest bardzo ograniczony. Natomiast zawsze wsparciem służą im pracownicy, także terapeuci, z Fundacji Itaka.

Co wyniosła pani dla siebie z tego filmu jako reżyserka?

Świadomość, że bardzo specyficzny stan zawieszenia, bycia (czy też funkcjonowania) gdzieś między życiem a już-nie-życiem, pewnego oderwania od rzeczywistości, który staraliśmy się wykreować w tym filmie, może nam się wszystkim przydarzyć na różnych etapach naszej drogi i niekoniecznie stać za tym musi aż tak ogromna trauma jaką jest zaginięcie najbliższej osoby. Objawieniem stało się też dla mnie spotkanie z Agatą Buzek. Ona ma w sobie tajemnicę, specyficzną energię, duchowość. W ogóle udało się nam zebrać wspaniały aktorski zespół. Małgorzatę Hajewską podziwiałam jeszcze w czasie studiów na teatrologii, kiedy grała w „Rodzeństwie” Lupy. Byłam szczęśliwa, że zechciała przyjąć rolę. Wspaniały Marcin Czarnik, Sandra Drzymalska – wszyscy wiele do filmu wnieśli.

Pani droga filmowa jest jak na Polskę nietypowa...

Pochodzę z Krosna, gdzie szkoła filmowa wydawała się niemal mrzonką. Miałam jednak niesprecyzowane jeszcze zainteresowania artystyczne i postanowiłam zdawać na krakowską teatrologię. Tam mogłam z bliska oglądać pracę aktorów, pisałam recenzje do Didaskaliów z festiwali teatralnych, także komediowych. Po studiach trafiłam do redakcji reportażowej w telewizji. Miałam możliwość dotykania tematów i spotykania się z ludźmi, do których inaczej nie miałabym dostępu – z więźniami czy właśnie z bliskimi osób zaginionych. Często zderzałam się z wielkimi dramatami. Tylko że kiedy wchodziłam w temat, nawiązywałam kontakt z bohaterami, to już było po zdjęciach. Rozstawaliśmy się i biegłam na montaż. Film dokumentalny był konsekwencją tego żalu. Tęsknoty za głębszą rozmową z drugim człowiekiem.

W większości filmów opowiadała pani przede wszystkim właśnie o stanach emocjonalnych.

To prawda. „Anioł śmierci” był opowieścią o emocjach kobiety, która w Auschwitz żyła w nieustającym strachu, bo topór doktora Mengele stale wisiał nad nią i nad jej nowonarodzonym dzieckiem. Ona też w tym strachu stworzyła sobie zonę – iluzję rzeczywistości. W „Kawałku lata” chciałam uchwycić jakąś prawdę o relacji i pogodzeniu się dwóch różnych pokoleń: dziadka i wnuka. W toczącym się w DPS-ie „Decrescendo” najważniejsze były dla mnie słowa kobiety, która odchodzi: „Spójrz na to drzewo, nie ma na nim już liści, a jest wciąż piękne”.

Zawsze w swoich filmach wchodzi pani do trudnego świata: czy będzie to dom opieki społecznej, czy jak w „Zudzie” niszczona przez klęskę żywiołową azjatycka rodzina.

Ale staram się stamtąd wynieść nadzieję. W „Decrescendo” była nią próba dostrzeżenia piękna w starości, w opuszczeniu. Wiele wynoszę z takich filmów dla siebie. W „Zudzie” to była przyroda: zderzenie z jej niewiarygodną siłą i potęgą. Z tytułowym Zudem, czyli nagłym i drastycznym załamaniem pogody, który spowodować bankructwo całych rodzin. A jednocześnie jest tak fascynujący w swojej nieobliczalności i potędze.

Dziś, gdy ma pani za sobą debiut fabularny, dokument wciąż jest dla pani ważny?

Tak, bo wszystkiego, co umiem nauczyłam się właśnie tam. Właśnie pracując nad kolejnymi dokumentami zrozumiałam, jak ważne są na ekranie emocje. Nauczyłam się wyłapywać fałsz, także u aktorów. Dziś często wolę mniej niż więcej. Bardzo pouczającą lekcją była dla mnie realizacja filmu w Mongolii, gdzie nie znając języka, mając opóźnione tłumaczenie, musiałam zdać się na intuicję, czy aktorzy oddają prawdę emocji.

W „Zudzie” po raz pierwszy uciekła pani jednak od czystego dokumentu.

Kiedy już wybrałam rodzinę, o której chciałam zrobić film, okazało się, że ich kiedyś spotkał zud. Chciałam więc historie, które stały się doświadczeniem ich i całej tamtejszej społeczności – zrekonstruować. Ale jednocześnie wiedziałam, że gdyby nie było fabularnego nawiasu, to oni zostaliby w swojej społeczności napiętnowani. Dokument to ogromna odpowiedzialność. Wejście w cudze życie i jednak, nawet mimowolne, zmanipulowanie go.

Pani nie chce już wracać do czystego dokumentu?

Ja za dokumentem tęsknię. I ze wszystkimi pytaniami i ostrzeżeniami, jakie w sobie noszę, cały czas o nim myślę. Jeśli znajdę coś, co mnie zainspiruje czy zafascynuje, to pewnie spróbuję pójść za tym z kamerą. Czekam na taki błysk. Ale interesuje mnie też fabuła.