Moja babcia przysyłała mi w latach 70. z Chicago komiksy o Supermanie, Ironmanie i Batmanie, ale jakoś zawsze ciągnęło mnie do historii z mniej znanymi superbohaterami. Byli wśród nich Strażnicy Galaktyki (choć we wcześniejszym składzie). Kochałem ich jako dzieciak bezgranicznie.
Dlatego bardzo się bałem ekranizacji Strażników. Marvel pokazuje, że z samego założenia superbohater nie musi być bohaterem superfilmu (Spiderman jest tu dobrym przykładem). Obsada jakoś mnie nie przekonała, bałem się również, że postać szopa z wyrzutnią rakiet czy gadającego drzewa może się okazać zgubna na miarę Jar Jar Binksa.
Jest jednak absolutnie kosmicznie pozytywnie zaskoczony. James Gunn, reżyser i współautor scenariusza, wykonał kapitalną robotę.
Strażnicy to oczywiście doskonałe kino akcji, fani space opera będą zachwyceni. Są nawet wysokiej klasy sceny walki wręcz. Ale "Strażnicy Galaktyki" zostali największym hitem sci-fi kina w USA w ub.r. nie tylko z tego powodu.
Gunn zachował fantastyczni dystans tej marki Marvela do samej siebie. Nie ma tu za grosz zadęcia znanego ze świata Batmana, czy apokaliptycznej histerii Supermana. Strażnicy to opowieść o superbohaterach, którzy doskonale rozumieją, że są troszkę mniej super od swych sławniejszych kolegów po fachu.
Szop pracz jest po prostu prześmieszny, a gadające drzewo - sam się dziwię, że to piszę - jest momentami wzruszające. Główny bohater, chłopiec porwany (no, nie do końca, ale to będzie wyjaśnione w drugim filmie) z Ziemi przez bandę kosmicznych przemytników i złodziei, jest prostu bardzo ludzki.
Chemia pomiędzy głównymi bohaterami aż iskrzy, dialogów momentami nie powstydziłby się Woody Allen, no i ta muzyka... Główny bohater zostaje porwany z Ziemi w 1988 r. i ma przy sobie Walkmana ze składanką hitów z lat 70. i 80. Pierwsza scena, w której tańczy na obcej planecie do "Hooked on a Feeling" Blue Swede odpierając jednocześnie ataki przedziwnych małych potworków przypominających dinozaury, ustawia atmosferę całego filmu.
No i kto by przypuszczał, że bohater "Footloose" stanie się symbolem walki z kosmiczną dyktaturą?
Gunn zasługuje na wszystkie pochwały, jakie otrzymał po filmie. Zasługują na nie aktorzy, takie ci znani pojawiają się w mniejszych rolach - są tu i Glenn Close, i John C. Reilly, i Benicio del Toro.
Polecam też oryginalną ścieżkę dźwiękową, bo Bradley Cooper jako szop i Vin Diesel jako gadające drzewo są naprawdę prześmieszni.