Ostatnia rodzina, reż. Jan P. Matuszyński
Kino Świat
Historia malarza Zdzisława Beksińskiego. Opowieść o rodzinie megazdolnej, ale dotkniętej depresją. O mroku przechodzącym z pokolenia na pokolenie. Ojciec, inteligent, wielki artysta, autor obrazów pełnych strachu i śmierci. Syn – świetny dziennikarz muzyczny i tłumacz. Naznaczony chorobą i obsesją śmierci, nadpobudliwy, przeżarty przez niepokój, agresywny, kilka razy usiłujący popełnić samobójstwo. A wreszcie Zofia Beksińska – żona i matka, próbująca wprowadzić do ich domu choć trochę normalności.
Ta rodzina ma bardzo sumienną dokumentację - opisana przez Beksińskiego w jego dziennikach, nieustannie nagrywana i filmowana przez niego kamerą. Ale przecież niełatwa do zrozumienia. Matuszyński potrafił zbliżyć się do jej tajemnicy, pokazać depresję, która trawiła ojca i syna, każdego inaczej, odtworzyć ich skomplikowane relacje, oddać atmosferę niepokoju, a jednocześnie uczucie, które ich wszystkich łączyło.
W tle zaś naszkicował kawał Polski, bo film zaczyna się w 1977 roku, a kończy w roku 2005, wraz ze śmiercią Zdzisława. Na ścieżkach między blokami stojącymi przy warszawskiej ulicy Sonaty, w małych mieszkaniach odbija się nastrój tamtych trzydziestu lat.
Znakomite kreacje stworzyli tu Andrzej Seweryn i Aleksandra Konieczna, ciekawy, choć nieco przerysowany jest Tomasz Beksiński w interpretacji Dawida Ogrodnika. To oni pomogli Matuszyńskiemu stworzyć klimat „Ostatniej rodziny”. Wyrazisty i wciągający. Zresztą, może jest to opowieść o nas wszystkich? O naszych lękach i problemach? O istocie wspólnego życia, gdzie potrzeba poczucia bezpieczeństwa walczy z potrzebą wolności, gdzie przeplatają się miłość, troska, zmęczenie, strach o najbliższych, zniewolenie. W swojej opowieści o Beksińskich Matuszyński dotknął czegoś, co było problemem nie tylko tej jednej rodziny. Czegoś, co zapełnia dziś fotele u psychoterapeutów. Zrobił film bolesny, bardzo dojrzały.
Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca
Next Film
W latach 1964-70 w Zagłębiu i na Śląsku z rąk seryjnego mordercy zginęło 14 kobiet, 7 innych zostało ciężko poszkodowanych. Oskarżony o te zbrodnie Zdzisław Marchwicki, został skazany na karę śmierci, którą wykonano w 1977 roku. Do dziś jednak sprawa budzi wiele kontrowersji i pytań.
Bohaterem zainspirowanego tą sprawą filmu Macieja Pieprzycy jest pułkownik, który coraz bardziej wikła się we własne śledztwo. Dysponuje tylko poszlakami, a inny trop prowadzi do psychicznie chorego samobójcy. Ale milicja potrzebuje sukcesu i pokazowego procesu. On sam też czuje się w potrzasku. Stał się bohaterem, dostał awans, nowe mieszkanie, talon na kolorowy telewizor. Miałby przyznać się do błędu? Pójść na dno? Pieprzyca obserwuje jego relacje z człowiekiem, którego schwytał, coraz bardziej świadome zapadanie się w fałsz.
Atutem filmu są skrupulatnie odtworzone realia socjalizmu. Szaro-bure ulice, uroczystości „uświetnione” obecnością pierwszego sekretarza. Przede wszystkim jednak „Jestem mordercą” to film o opartym na kłamstwie świecie, w którym każda metoda jest dobra, by uzasadnić sukces panującej ideologii. Świetne, niepokojąco aktualne kino.