Prawicowi komentatorzy traktują je przede wszystkim jako fanaberie rozkapryszonych młodych ludzi. Gołym okiem widać, że wcale im się źle w życiu nie wiedzie, muszą jednak wyszaleć się na ulicach miast, głosząc jednocześnie tradycyjne wśród zrewoltowanej młodzieży antyrynkowe hasła. Lewicowi komentatorzy wolą widzieć w nich forpocztę słusznego społecznego oburzenia na chciwych bankierów i powiązanych z nimi polityków, którzy wolą robić prezenty finansowym rekinom, niż dbać o miejsca pracy i wspierać zasiłkami ubogich.
Ja mam własne zdanie na ten temat. Przede wszystkim nie zajmujmy się niby-demonstracją w Warszawie. Na szczęście, póki co, młodzi ludzie w Polsce nie mają aż tak wielkich powodów do narzekania na kryzys, a banki nie wyciągnęły ręki po pieniądze polskich podatników. Mamy więc raczej do czynienia z odruchem solidarności w stosunku do rówieśników z Hiszpanii czy Włoch niż z rzeczywistymi problemami, które wypchnęłyby polską młodzież na ulicę.
Jeśli jednak mówimy o demonstracjach w zachodniej Europie i USA, rzecz wymaga głębszego namysłu. Oczywiście, że tłumem demonstrantów rządzą raczej emocje niż racjonalne myślenie i ekonomiczne argumenty. Młodych Hiszpanów, Włochów czy Amerykanów, którzy są niepewni swoich perspektyw i swojej pracy, w naturalny sposób wściekają informacje prasowe o pobierających gigantyczne premie prezesach banków – nawet tych, które zbankrutowały albo uratowały się przed bankructwem tylko dzięki pomocy podatników. Stąd już tylko jeden krok do naiwnego przekonania, że to bankierzy wzięli do kieszeni pieniądze, które powinny być skierowane na edukację i wsparcie startu zawodowego młodzieży.
Do tak rozbujanych emocji bardzo łatwo dodać antykapitalistyczną retorykę rodem z XIX-wiecznego marksizmu, zwłaszcza w krajach, których społeczeństwa nigdy nie przekonały się do anglosaskiego, liberalnego modelu gospodarki rynkowej. No a jeśli jest już taka mieszanka wybuchowa, natychmiast pojawią się na placu boju i chuligani, których głównym zajęciem jest poszukiwanie okazji do rozróby.
•