Reklama

Oburzeni

Demonstracje ruchu „oburzonych" wywołują w Polsce mieszane uczucia.

Publikacja: 21.10.2011 01:42

Red

Prawicowi komentatorzy traktują je przede wszystkim jako fanaberie rozkapryszonych młodych ludzi.  Gołym okiem widać, że wcale im się źle w życiu nie wiedzie, muszą jednak wyszaleć się na ulicach miast, głosząc jednocześnie tradycyjne wśród zrewoltowanej młodzieży antyrynkowe hasła.  Lewicowi komentatorzy wolą widzieć w nich forpocztę słusznego społecznego oburzenia na chciwych bankierów i powiązanych z nimi polityków, którzy wolą robić prezenty finansowym rekinom, niż dbać o miejsca pracy i wspierać zasiłkami ubogich.

Ja mam własne zdanie na ten temat.  Przede wszystkim nie zajmujmy się niby-demonstracją w Warszawie. Na szczęście, póki co, młodzi ludzie w Polsce nie mają aż tak wielkich powodów do narzekania na kryzys, a banki nie wyciągnęły ręki po pieniądze polskich podatników. Mamy więc raczej do czynienia z odruchem solidarności w stosunku do rówieśników z Hiszpanii czy Włoch niż z rzeczywistymi problemami, które wypchnęłyby polską młodzież na ulicę.

Jeśli jednak mówimy o demonstracjach w zachodniej Europie i USA, rzecz wymaga głębszego namysłu.  Oczywiście, że tłumem demonstrantów rządzą raczej emocje niż racjonalne myślenie i ekonomiczne argumenty. Młodych Hiszpanów, Włochów czy Amerykanów, którzy są niepewni swoich perspektyw i swojej pracy, w naturalny sposób wściekają informacje prasowe o pobierających gigantyczne premie prezesach banków – nawet tych, które zbankrutowały albo uratowały się przed bankructwem tylko dzięki pomocy podatników. Stąd już tylko jeden krok do naiwnego przekonania, że to bankierzy wzięli do kieszeni pieniądze, które powinny być skierowane na edukację i wsparcie startu zawodowego młodzieży.

Do tak rozbujanych emocji bardzo łatwo dodać antykapitalistyczną retorykę rodem z XIX-wiecznego marksizmu, zwłaszcza w krajach, których społeczeństwa nigdy nie przekonały się do anglosaskiego, liberalnego modelu gospodarki rynkowej.  No a jeśli jest już taka mieszanka wybuchowa, natychmiast pojawią się na placu boju i chuligani, których głównym zajęciem jest poszukiwanie okazji do rozróby.

Reklama
Reklama

Ale mimo całej intelektualnej nieporadności, nieudolnych haseł i nierealistycznych żądań stawianych przez młodych demonstrantów na ulicach zachodnich miast, nie należy lekceważyć ruchu „oburzonych". W czasie globalnego kryzysu finansowego rządy wielu krajów rzeczywiście bez zmrużenia oka wyasygnowały biliony euro i dolarów po to, by nie dopuścić do masowych bankructw banków.  Oczywiście nie chodziło o to – jak naiwnie twierdzą demonstranci – aby wypłacać nadal premie prezesom.  Zrobiono to po to, by nie przepadły zgromadzone w bankach oszczędności.

To jednak nie oznacza, że problemu nie ma. Oszczędności zgromadzone w bankach należą głównie do starszej części społeczeństwa, która liczy na to że zapewnią im one spokojną emeryturę.

Udało się je uratować, ale kosztem zaciągnięcia przez państwa gigantycznych długów.  Tyle, że długi te będą w przyszłości spłacać właśnie owi młodzi ludzie – płacąc wyższe podatki, cierpiąc inflację, cięcia budżetowe, mając ograniczony dostęp do kredytu. W gruncie rzeczy dokonano więc wielkiej międzypokoleniowej transakcji: młodych ludzi obciążono znaczną częścią kosztów zachowania dorobku życiowego i bezpieczeństwa ekonomicznego starszych. Nikt ich jednak nie pytał, czy się na to godzą (zapewne odpowiedź brzmiałaby: nie!).  Niezależnie od tego, czy decyzja była słuszna czy nie, akurat oni mają prawo być rozgoryczeni.

Autor jest profesorem oraz głównym ekonomistą PwC

Ekonomia
KGHM optymalizuje zagraniczny portfel
Ekonomia
Apelują do Orlen Termika. Chodzi o zamówienia dla dostawców spoza UE
Ekonomia
PGE odstąpiła od ważnej umowy. Naliczono wysokie kary
Ekonomia
Polscy liderzy w Davos w czasie Światowego Forum Ekonomicznego
Ekonomia
Od danych do decyzji, czyli transformacja i AI w biznesie
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama