Tematów, o których można pisać felietony, jest tak dużo, że aż trudno wybrać najciekawszy. Można zacząć od podwyżek dla członków rządu, parlamentarzystów i władz NBP. Mamy tu do czynienia z godną najwyższej pochwały determinacją w realizacji strategii rozwoju, którą rządzący obiecali wyborcom. Jej osią, jak mówili od początku, miał być wzrost płac. Więc podwyżka to nie błąd ani chciwość, ale starannie przemyślana taktyka. Rządzący muszą świecić przykładem, więc odważnie to robią. Kiedy tylko skąpi pracodawcy zobaczą, jak bardzo można zwiększać ludziom płace, zawstydzą się i pójdą w ślady rządu.

Niestety, to raczej nie jest wyrafinowana strategia i taktyka, ale dowód nędzy polskiej polityki. Nie ma wątpliwości, że wysocy urzędnicy państwowi powinni mieć sensowne płace, w odniesieniu do warunków panujących na rynku. Pensja wiceministra wynosi dziś 7–13 tys. zł brutto. Skandalicznie dużo – powie większość Polaków zarabiająca poniżej 5 tys. zł. Śmiesznie mało – powie specjalista od zasobów ludzkich, pokazując, że to mniej więcej tyle, ile zarabia większość kierowników budowy (7–11 tys. zł). Złośliwcy oczywiście zwrócą uwagę, że większość kierowników agencji reklamowych zarabia tylko 4–7 tys. zł (a to podobno dziś pozycja porównywalna). Ale nie da się ukryć, że w porównaniu z płacami osób na kierowniczych stanowiskach w prywatnych firmach to niewiele (mediana płac członków zarządów to ponad 18 tys. zł).

Konsekwencje tak absurdalnej sytuacji są oczywiste. Z jednej strony większość wysoko wykwalifikowanych specjalistów nie da się skusić posadą rządową, bo oznaczałoby to rezygnację z dużo lepszych dochodów w sektorze prywatnym. Z drugiej natomiast strony jest to zachęta do wszystkich sztuczek z wręczanymi po cichu nagrodami i dochodowymi synekurami, które mają zrekompensować stosunkowo niską płacę.

Wysocy urzędnicy powinni być przyzwoicie wynagradzani. Może nie aż tak, jak w Singapurze, gdzie płace ministrów ustalone są w relacji do zarobków 48 najlepiej opłacanych pracowników sektora prywatnego. Ale powinni mieć zarobki przyzwoite, których nie trzeba, a nawet nie wolno wspierać ukrytymi zasileniami. Najlepszym rozwiązaniem byłoby powiązanie ich z płacami w sferze budżetowej poprzez z góry ustaloną wielokrotność. Zawierałoby to też premię za jakość rządzenia: niech płace ministrów i zarządu NBP automatycznie rosną, gdy budżetówka dostaje podwyżki, albo zostają bez zmian, gdy obowiązuje zamrożenie płac, a inflacja pożera ich realną wartość. Ma to chyba sens?

Niestety, u nas to tak nie działa. Pensje urzędników państwowych i parlamentarzystów stoją w miejscu, kiedy politycy boją się reakcji wyborców na podwyżki (i stąd ich za niski poziom, rekompensowany nieudolnie ukrywanymi premiami i stanowiskami w radach nadzorczych dla rodzin). Albo zostają gwałtownie podniesione, kiedy okazuje się, że rządzący nie są pewni, czy wszyscy posłowie zagłosują tak, jak oni chcą, więc trzeba na gwałt podnieść motywację do szlachetnej troski o przyszłość kraju.

I to jest właśnie to, co nazywam nędzą polskiej polityki.

Witold M. Orłowski główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, Akademia Finansów i Biznesu Vistula