Reklama
Rozwiń
Reklama

Turystyka kosmiczna ma być tańsza

W podboju kosmosu otwiera się nowy rozdział – lotów turystycznych. Na razie ceny są iście kosmiczne, ale mają ostro spadać

Publikacja: 22.10.2010 02:33

Turystyka kosmiczna ma być tańsza

Foto: AFP

[srodtytul][link=http://www.rp.pl/temat/449164.html]WSZYSTKIE NAJNOWSZE TEKSTY DODATKU {eko+} W PIĄTKOWEJ "RZECZPOSPOLITEJ"[/link][/srodtytul]

Już w przyszłym roku firma Virgin Galactic, założona w 2004 r. przez brytyjskiego miliardera Richarda Bransona (na zdjęciu z lewej), na pokładzie statku SpaceShipTwo (SS2; zdjęcie z prawej) zamierza wysyłać w kosmos turystów. Docelowo będzie zarządzać flotą pięciu takich statków i oferować 500 kosmicznych połączeń rocznie, każdorazowo wysyłając w podróż sześciu pasażerów.

Bilety już są w sprzedaży. Kosztują 200 tys. dol. (ok. 567 tys. zł), a zaliczkę wysokości 20 tys. dol. wpłaciło już niemal 400 głodnych wrażeń turystów.

Pierwszy samodzielny lot załogowy SpaceShipTwo (SS2) odbył 10 października . 14 km nad ziemią odłączył się od samolotu matki WhiteKnightTwo i poszybował do bazy na kalifornijskiej pustyni Mojave.

Testy ośmioosobowego (obok pasażerów jest jeszcze dwóch pilotów) SS2, amerykańskiej firmy Scaled Composites, weszły więc w kluczową fazę. Podczas dwóch kolejnych lotów sprawdzony zostanie rakietowy silnik, który za trzecim razem pozwoli wynieść go w przestrzeń kosmiczną.

Reklama
Reklama

Powodzenie tego przedsięwzięcia wydaje się przesądzone. Tzw. linię Karamana – wytyczoną na wysokości 100 km umowną granicę między atmosferą Ziemi i kosmosem – przekroczył już SpaceShipOne, poprzednik SS2.

[srodtytul]Handel namiastkami?[/srodtytul]

Słysząc o ambitnych planach Virgin Galactic trudno oprzeć się wrażeniu, że czasy szerszej dostępności podróży kosmicznych są tuż-tuż.

Każda z siedmiu osób, które dotąd odbyły orbitalną wycieczkę, zapłaciła za realizację marzeń co najmniej stukrotnie więcej, niż inkasuje firma Bransona – od 20 do 40 mln dol. Jednak zestawianie jego oferty z doświadczeniami krezusów, którzy mogli sobie pozwolić na wykupienie miejsca na pokładzie rosyjskiego pojazdu Sojuz, jest jak porównywanie prowadzenia zdalnie sterowanego auta i bolidu Formuły 1.

SS2, którego pierwszy egzemplarz nosi znaną z serialu „StarTrek” nazwę „Enterprise”, w przestrzeń kosmiczną „skoczy” tylko na chwilę (określa się to jako lot suborbitalny). Jego pasażerowie będą mogli doświadczyć nieważkości w ciasnej kabinie zaledwie przez kilka minut dzielących zgaszenie rakietowego napędu – co nastąpi po 70 sekundach od odłączenia się pojazdu od statku matki i przed wyjściem na niską orbitę Ziemi – od ponownego wejścia w jej atmosferę. Gwiezdne pejzaże będą podziwiali przez okna o średnicy 40 centymetrów. Aby zaś zakwalifikować się do lotu, będą jedynie musieli przejść test odporności na duże przeciążenia.

Tymczasem każdy z dotychczasowych „prywatnych odkrywców kosmosu”, jak wolą się określać zamożni turyści, spędził w przestrzeni kosmicznej co najmniej tydzień. Byli wraz z profesjonalnymi astronautami na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS), gdzie wykonywali niektóre prace (np. przygotowywali posiłki) i prowadzili eksperymenty. Wcześniej musieli odbyć wielomiesięczny „prawdziwy” trening astronautyczny.

Reklama
Reklama

W tym świetle podróż SS2 jest tylko namiastką tego, co zwykle rozumie się pod pojęciem pozaziemskiej turystyki. Przypomina raczej tzw. loty bezgrawitacyjne, podczas których pasażerowie mogą doświadczyć nieważkości w kilkunastu 30-sekundowych cyklach.

Firma Space Adventures – ta sama, która zorganizowała wszystkie komercyjne podróże na pokładzie Sojuza, negocjując warunki z rosyjską agencją Roskosmos – oferuje je na pokładzie Boeinga 727 w cenie 5 tys. dol. od osoby. Usługa ta jest popularna wśród dużych korporacji, poszukujących nietuzinkowych nagród dla swoich pracowników.

[srodtytul]Rosyjski monopol[/srodtytul]

Koszty lotów, jakie umożliwi Virgin Galactic, powinny szybko spadać. Firma Bransona, jednego z pionierów gwiezdnej turystyki, ma bowiem konkurencję.

Firma Space Adventures w kwietniu ogłosiła, że będzie wyłącznym sprzedawcą miejsc w suborbitalnych statkach kosmicznych, nad którymi pracuje Armadillo Aerospace. W przeciwieństwie do SS2, który wyposażony jest w skrzydła, będą to pojazdy pionowego startu i lądowania. Wciąż nie wiadomo, kiedy będą gotowe do użytku, ale dla potencjalnych klientów rekompensatą za tę niepewność ma być atrakcyjna cena biletów: „zaledwie” 102 tys. dol.

– Uważam, że Virgin Galactic świadomie nie wybrała najbardziej wydajnej pod względem kosztowym technologii – mówił John Carmack, założyciel Armadillo.

Reklama
Reklama

Perspektywa obniżki cen kilkudniowych wypraw w kosmos wciąż jednak wydaje się odległa. Ostatnim jak dotąd gościem na ISS był jesienią ubiegłego roku Kanadyjczyk Guy Laliberte, założyciel Cirque du Soleil, którego majątek magazyn „Forbes” ocenia na 2,5 mld dol.

Od tego roku trzyosobowe Sojuzy będą służyły wyłącznie do transportu astronautów na ISS, choć Rosjanie podwoili liczbę ich lotów do czterech rocznie. Wiąże się to z wycofywaniem z użycia wysłużonych amerykańskich wahadłowców, które były jedyną alternatywą dla pojazdów rosyjskich, oraz powiększeniem stałej załogi stacji.

Kolejny turysta trafi więc na ISS nie wcześniej niż za dwa lata, gdy produkcja Sojuzów ponownie zostanie zwiększona. Przypuszczalnie będzie musiał zapłacić nie mniej niż jego poprzednicy, skoro NASA za miejsce w rosyjskim statku płaci obecnie 50 mln dol.

[srodtytul]Konkurencja kwitnie[/srodtytul]

Jedyną nadzieją dla uboższych niż Laliberte amatorów orbitalnych wycieczek są komercyjne wahadłowce.

Reklama
Reklama

– Co najmniej sześć wiarygodnych firm, dysponujących odpowiednimi środkami, inwestuje w rozwój takich pojazdów i starają się o pozwolenia na ich użytkowanie – mówi „Rz” John Spencer, założyciel i prezes Towarzystwa Podróży Kosmicznych.

Waszyngton postanowił, że z ich usług korzystała będzie też NASA, co powinno być bodźcem do tym ostrzejszej rywalizacji. Zwłaszcza że rząd wspiera najlepiej rokujących operatorów „kosmicznych taksówek”. – Wraz ze wzrostem konkurencji, koszt wysłania na orbitę jednego pasażera spadnie – dodaje Spencer, autor wydanej w 2004 r. książki o kosmicznej turystyce.

Jednym z najbardziej zaawansowanych projektów jest ten realizowany przez SpaceX, jedną z firm 40-letniego Elona Muska, współzałożyciela firm PayPal i Tesla Motors. W czerwcu wyprodukowana przez nią rakieta Falcon 9 wyniosła na orbitę prototyp statku Dragon.

Była to jego towarowa wersja, ale wariant pasażerski ma być gotowy za dwa – trzy lata. Ostatnio wyzwanie podjął lotniczy gigant Boeing, który już dysponuje rakietami nośnymi zdolnymi do wyniesienia obiektów, np. satelitów, w kosmos. W lipcu przedstawił projekt siedmioosobowej kapsuły pasażerskiej CST-100, a dwa miesiące później ogłosił, że wszedł w porozumienie ze Space Adventures. Przewiduje ono, że statek Boeinga będzie obsługiwał również ruch turystyczny. Pierwsze loty zaplanowano na 2015 r.

Z pojazdów Boeinga korzystać zamierza firma Bigelow Aerospace, która za pięć lat chce umieścić na niskiej orbicie pierwszą komercyjną stację kosmiczną, czyli „gwiezdny hotel”.

Reklama
Reklama

Nad podobnym obiektem, który ma być gotowy mniej więcej w tym samym czasie, pracuje rosyjska spółka Orbital Technologies. Wykonawcą ma być koncern RKK Energia, ten sam, który buduje Sojuzy i rosyjskie moduły ISS. Transport w obie strony i 10-dniowy pobyt w takiej placówce Bigelow wyceniła wstępnie na 25 mln dol. – Kiedy cena podróży kosmicznej spadnie do 40 tys. dol.? Nigdy, jeśli nie zacznie spadać z poziomu 40 mln dol. – stwierdził Eric Anderson, prezes Space Adventures.

[srodtytul]Jak rejs promem[/srodtytul]

Zdaniem Spencera, orbitalne wojaże nigdy nie znajdą się w zasięgu przeciętnego turysty. – Trzeba pamiętać, że dla większości ludzi za drogi jest np. rejs luksusowym promem. Kilkutygodniowe wyprawy na Antarktykę kosztują 25 – 35 tys. dol. Niektóre segmenty rynku turystycznego pozostaną ekskluzywne – mówi.

Dolną granicą dla cen nie będą jednak bariery technologiczne czy prawne. Po prostu zainteresowanie podróżami będzie rosło szybciej niż ich dostępność. – Popyt na miejsca w wahadłowcach i na stacjach kosmicznych będą generowały m.in. ekipy filmowe, naukowcy, firmy związane z branżą sportową i media – tłumaczy Spencer.

Jeśli prognozy Spencera się sprawdzą, historia może zatoczyć koło. W 1990 r. na nieistniejącej już rosyjskiej stacji orbitalnej Mir tydzień spędził Toyohiro Akiyama, dziennikarz japońskiej stacji telewizyjnej TBS, która opłaciła tę podróż. Czyżby i tym razem entuzjaści kosmicznych wojaży powinni poszukać posady w mediach?

Materiał Promocyjny
Lokaty mobilne: Nowoczesny sposób na oszczędzanie
Ekonomia
KGHM optymalizuje zagraniczny portfel
Ekonomia
Apelują do Orlen Termika. Chodzi o zamówienia dla dostawców spoza UE
Ekonomia
PGE odstąpiła od ważnej umowy. Naliczono wysokie kary
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama