Dla państw nienależących do strefy euro bardzo istotnym zagrożeniem jest utrata możliwości oddziaływania na integrację europejską. W miarę upływu czasu państwa te będą może nie marginalizowane, ale na pewno nie będą pełnoprawnymi uczestnikami procesu decyzyjnego. Te obawy mogą być bez znaczenia dla małych państw, ale dla takiego kraju jak Polska to jest niesłychanie istotne. Ważne jest podtrzymanie tego, co premier Donald Tusk powiedział na początku debaty nad zarządzaniem gospodarczym, czyli domaganie się udziału i nawet oferowanie wkładu finansowego do ratunkowego mechanizmu stabilizacyjnego. Na pewno alternatywą nie jest budowanie mniejszości blokującej, bo to jeszcze wzmocni tendencje do budowy jądra europejskiego w strefie euro. Trzeba robić wszystko, żeby należeć do tej grupy.
Jak konkretnie Polska miałaby w tym uczestniczyć? Pani mówi o pierwszych deklaracjach premiera obejmujących nawet wkład finansowy. Ale o wkładzie już się nie mówi, jest tylko postulat włączenia w proces decyzyjny. Czyli chcemy być w klubie, ale nie chcemy płacić rachunków.
Na razie jesteśmy w trakcie negocjacji i są różne poglądy, jak otwarty ma być ten proces. Dopiero zobaczymy, czy i jak głęboko Unia się podzieli. Na pewno musimy się domagać, aby nie traktowano nas ulgowo, czy to jeśli chodzi o progi zadłużenia, czy wskaźniki konkurencyjności gospodarczej. Bo te ulgi wprowadzą nas na ścieżkę oddalającą od członkostwa w strefie euro. Dla państw strefy euro i tych, które mają obowiązek kiedyś do niej wejść, powinny być te same wymagania równowagi makroekonomicznej. Polska musi zrobić wszystko, aby nie być tylko odbiorcą decyzji w strefie euro.
Ale jak ma to zrobić, jeśli nie chce płacić?
Właśnie mam nadzieję, że ta refleksja się w rządzie odbywa i minister finansów rozważa wszystkie za i przeciw. I że zostanie wybrane najlepsze rozwiązanie. Myślę, że są trzy możliwości. Po pierwsze, Polska pozostaje całkowicie poza strefę euro i godzimy się, że to twarde jądro nabiera siły, a nawet w przyszłości dokonuje się jego instytucjonalizacja. To byłby scenariusz zdecydowanie niepożądany. Druga opcja jest taka, że rozwiną się równoległe systemy: dla strefy euro i dla państw spoza tej strefy. To też nie jest dobre rozwiązanie, bo, jak już wspomniałam, będzie ono spowalniać naszą akcesję do euro. Wreszcie trzecia możliwość oznaczałaby, że uczestniczymy w tej nowej formule w każdym wymiarze, także dotyczącym kontrybucji finansowej, zobowiązań, ale i prawa do korzystania z mechanizmu ratunkowego. To jest bardzo ważne, bo co prawda jesteśmy dumni, że udało się uniknąć kryzysu, jednak ciągle jesteśmy gospodarką wschodzącą i złoty nie jest najpotężniejszą walutą świata, więc zawsze ryzyko istnieje. Wydaje mi się, że da się to zrobić. Niemcy chcą szczytu euro, bo jest dla nich niesłychanie istotne, aby przestrzegane były twarde reguły fiskalne, które zmniejszą w przyszłości potrzebę finansowania najsłabszych. Natomiast jednocześnie słyszymy od niemieckich polityków, że są przeciwko Europie dwóch prędkości i są otwarci na udział Polski.
Niemcom rzeczywiście nie chodzi chyba o izolowanie Polski, tylko raczej pozbycie się Wielkiej Brytanii, co jest nawet zrozumiałe, ale też zrobienie tego poza unijnymi instytucjami. Jak pani ocenia tę drugą motywację?