Choć wczoraj czynne były jedynie giełdy na Bliskim Wschodzie, doszło tam do gwałtownych spadków. Indeksy w Arabii Saudyjskiej i Dubaju straciły ponad 5 proc. W Tel Awiwie po spadku giełdy o 6 proc. zawieszono handel akcjami.
Ekonomiści uważają, że ta tendencja przeleje się przez rynki jeszcze przynajmniej dziś. Najwięksi optymiści wskazywali jednak, że rating dla Ameryki, zmniejszony z AAA na AA+, wciąż jest bardzo wysoki, na rynkach nie powinno więc dojść do paniki. Tyle że już ubiegły tydzień „zmiótł" ze światowych giełd ok. 3 bln dol.
Pogorszenie nastrojów to skutek ogłoszonej w nocy z piątku na sobotę czasu polskiego decyzji agencji Standard & Poor's o pierwszej w historii obniżce oceny wiarygodności kredytowej USA. I choć agencja sygnalizowała już taką możliwość, Amerykanie – a z nimi i reszta świata – mieli nadzieję, że do tego nie dojdzie.
Obcięcie oceny USA to przede wszystkim skutek przepychanek w Kongresie o zwiększenie limitu zadłużenia kraju. Po tygodniach debat politycy doszli do porozumienia, które S&P oceniło jako niewystarczające. Teraz wycena zdolności obsługi zadłużenia przez rząd w Waszyngtonie jest na takim poziomie, jak borykającej się z kryzysami politycznymi i wysokim długiem Belgii. Niższy rating może kosztować USA nawet 100 mld dolarów rocznie.
Były prezes Rezerwy Federalnej Alan Greenspan uważa, że decyzja S&P obniży mniemanie Amerykanów o sobie. Według niego to, czy świat czeka kolejna recesja, nie zależy od USA, ale od kryzysu zadłużeniowego w Europie. – Ameryka dawała sobie radę, dopóki nie pojawiły się problemy we Włoszech. To zdestabilizowało euro – mówił.