Przewodniczący Hu Jintao, nazywany potocznie prezydentem, spadł w tym roku z pierwszego miejsca listy najbardziej wpływowych osobistości magazynu „Forbes" na miejsce trzecie. Wyprzedza go prezydent USA Barack Obama, który nie radzi sobie z kryzysem i nie wiadomo, czy wygra kolejne wybory, ale Stany Zjednoczone pozostają najsilniejszym mocarstwem świata. Umieszczenie na drugim miejscu premiera Rosji Władimira Putina, którego kraj może jedynie marzyć o odzyskaniu dawnych wpływów, musiało jednak rozbawić znawców stosunków międzynarodowych.

Kto jest najbardziej wpływowy i o czyje względy zabiegają przywódcy najsilniejszych krajów, widać było jak na dłoni podczas szczytu G20 w Cannes. To prezydent Hu Jintao był gwiazdą. Pogrążony w kryzysie finansowym Zachód, a zwłaszcza kraje strefy euro, spogląda łakomie na 3,2 bln dol. chińskich rezerw walutowych. I apeluje o ratunek.

Na razie apele zostały przyjęte w Pekinie z dystansem. Chińska gazeta „China Daily" skomentowała je karykaturą, na której tłusty Europejczyk próbuje wyżebrać ryż od chuderlawego Chińczyka. Rozwijające się w zawrotnym tempie Państwo Środka z dochodem narodowym w wysokości 7 tys. dol. na głowę mieszkańca jest ponad cztery razy biedniejsze od przeciętnego kraju UE. Ale eksperci przewidują, że Pekin w końcu się zgodzi, i zastanawiają się, czego Chiny zażądają w zamian.

Chinom zależy na uzyskaniu statusu kraju o gospodarce rynkowej i szerszym dostępie do europejskich rynków, chociaż nie przestrzegają zasad wolnego rynku i stosują nieuczciwą konkurencję. Mogą też oczekiwać złagodzenia krytyki za łamanie praw człowieka i respektowania „odmienności chińskiego systemu".

Ale niewykluczone, że Chiny już zgarnęły najcenniejszą nagrodę. Komuniści otrzymali dowód, że zaprowadzili u siebie idealny model funkcjonowania państwa. I że trzymając się go, będą w stanie przywrócić dwubiegunowy podział świata, w którym komunistyczne Chiny staną się obok USA najsilniejszym mocarstwem.

– Chiny prowadzą z Zachodem wojnę gospodarczą i finansową zgodnie ze strategią słynnego stratega Su Tsu, który mówił, że pozycję hegemona łatwiej jest zdobyć dzięki potędze gospodarczej, a nie militarnej. Chociaż zachodni przywódcy zachowują się tak, jakby się nic nie działo, wojna trwa w najlepsze. Co gorsza, Zachód na własne życzenie ją przegrywa – mówią „Rz" francuscy ekonomiści Antoine Brunet i Jean-Paul Guichard, autorzy wydanej właśnie w Polsce książki „Chiny światowym hegemonem? Ekonomiczny imperializm Chin".

Jak wynika z opublikowanego we wrześniu raportu European Council on Foreign Relations (ECFR), Chiny wykorzystują rosnącą potęgę gospodarczą i słabość Europy do sięgnięcia po strategiczne aktywa. Przejmują kontrolę nad portami, infrastrukturą kolejową, wykupują firmy, które były wizytówką i dumą zachodnich gospodarek. Przejmują też firmy, dzięki którym mogą na skróty wejść w posiadanie nowoczesnych technologii.

Walki w politbiurze

A jeszcze kilka lat temu w chińskim politbiurze trwały zacięte spory dotyczące strategii zdobywania dla Chin pozycji światowego gracza. Kraj dynamicznie się rozwijał od końca lat 70., kiedy przewodniczący Dend Xiaoping wprowadził elementy gospodarki rynkowej i stworzył tzw. chińską wersję socjalizmu.

Autopromocja
Ranking Samorządów

Poznaj najlepsze samorządy w Polsce

WEŹ UDZIAŁ

Przedstawiciel drugiego pokolenia chińskich aparatczyków (pierwsze reprezentowali Mao Ze Dong i jego towarzysze) uznał, że do rozwoju Chinom potrzebny jest spokój na arenie międzynarodowej. Miały pozostawać w cieniu i nie powracać do retoryki przewodniczącego Mao, który grożąc ZSRR wojną, ostrzegł, że „może wysłać 100 mln ludzi na śmierć, a chińska gospodarka jedynie na tym skorzysta".

W latach 90. do władzy doszło trzecie pokolenie z przewodniczącym Jiang Zeminem na czele, który postanowił zapisać się w panteonie chińskich przywódców jako twórca chińskiej potęgi na arenie międzynarodowej. Zaproponował towarzyszom koncepcję mocarstwowej dyplomacji (daguo waijiao), zgodnie z którą Chiny miały zdobywać wpływy poprzez kontrolowaną przez państwo ekspansję ekonomiczną.

Ale był jeden problem. Do prowadzenia takiej ekspansji konieczne było zagospodarowanie szybko rosnącej klasy biznesmenów i włączenie ich w szeregi partii komunistycznej. Twardogłowi komuniści stawiali opór. Przypominali, że zgodnie z teorią Karola Marksa biznesmeni to wyzyskiwacze, którzy nie są godni partyjnej legitymacji.

Jiang postawił na swoim. Chociaż nosił charakterystyczne grube okulary, w których wyglądał na nudnego biurokratę, był twardym graczem, który potrafił rozgrywać różne kliki w aparacie Komunistycznej Partii Chin.

Musiał tylko przypilnować, aby jego wizja była realizowana także po jego odejściu. Kiedy na początku XXI wieku władzę przejmowało czwarte pokolenie chińskich przywódców z Hu Jintao i Wen Jiabao na czele, umieścił swoich ludzi na najważniejszych stanowiskach w Komitecie Stałym politbiura, najważniejszym organie decyzyjnym. Nad jego spuścizną czuwają m.in. wiceprezydent Wu Bangguo i przewodniczący Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej Chin Jia Qinglin, człowiek numer cztery w chińskiej hierarchii.

Po ośmiu latach od zmiany na szczytach władzy ludzie Jiang Zemina są wciąż nie do ruszenia. Aby się ich pozbyć, prezydent Hu zdecydował się na rzecz niebywałą. Ogłosił antykorupcyjne dochodzenie w politbiurze.

Miało to wymusić przede wszystkim dymisję Qinglina, za którym od lat ciągną się podejrzenia o korupcję. W czasie, gdy jeszcze był pierwszym sekretarzem, w prowincji Fujian wybuchła wielka afera korupcyjna. Zatrzymano ponad tysiąc osób, w tym wielu wysokich rangą członków partii. Kilkanaście osób skazano na śmierć.

Qinglin wyszedł wtedy bez szwanku dzięki poparciu przewodniczącego Jiang Zemina. Dziś jego frakcja jest wciąż bardzo silna, bo Qinglin nie uległ presji i nie ustąpił ze stanowiska.

Biznesowa dyplomacja

Jiang Zemin mógł dokonać przełomu w zdobywaniu pozycji mocarstwa dla Chin dzięki ryzykownej strategii. Jego polityka zbliżenia ze Stanami Zjednoczonymi była krytykowana przez partyjny beton i generałów, którzy są zdania, że USA dążą do marginalizowania Chin.

Jiang prowadził jednak w Ameryce ofensywę wdzięku. Światowe media rozpisywały się o doskonałych relacjach chińskiego przywódcy z prezydentem USA Billem Clintonem. Chiński przywódca, pozując na reformatora, zgodził się nawet na telewizyjną debatę z Clintonem podczas jego wizyty w Pekinie w 1998 r. Wykorzystał ją do obrony decyzji o zmasakrowaniu studentów na placu Tiananmen w 1989 r. – Gdybyśmy nie podjęli zdecydowanych kroków, nie cieszylibyśmy się stabilnością, którą mamy dzisiaj – mówił.

Strategia zbliżenia z USA się opłaciła. Dzięki poparciu Clintona Chiny mogły zostać w 2001 r. członkiem Światowej Organizacji Handlu (WTO). Od tej pory miały narzędzia niezbędne do realizowania swojej mocarstwowej dyplomacji.

Główną rolę zaczęli w niej odgrywać biznesmeni komuniści. Tacy jak pan Huang Nobu, który we wrześniu tego roku kupił farmę na islandzkim odludziu. Zapłacił 85 mln dol. za 300 kilometrów kwadratowych ziemi. Oficjalnie mają na niej powstać hotel i pole golfowe. Ale zlecone przez politbiuro inwestycje w konkretnych krajach są prawdopodobnie częścią strategii wykupywania Europy i zdobywania w niej wpływów politycznych.

Jak wynika z raportu ECFR, Chiny inwestują przede wszystkich w krajach o strategicznym znaczeniu i w krajach najsłabszych. Do Portugalii, Grecji, Włoch, Hiszpanii idzie 30 proc. chińskich inwestycji zagranicznych. 10 proc. trafia do Europy Środkowo-Wschodniej. To nieproporcjonalnie dużo w stosunku do rozmiaru ich gospodarek.

Skąd to zainteresowanie? Do takich krajów najłatwiej wkroczyć, a jednocześnie przy ich pomocy można stworzyć przychylne dla chińskich interesów lobby.

Chińscy przywódcy wyjątkowo aktywnie walczą też o wpływy w Niemczech – najsilniejszym politycznie i gospodarczo kraju UE. Tylko w tym roku do Berlina przyjechał wicepremier Li Keqiang, zorganizowano spotkanie ministrów spraw zagranicznych obu krajów, a premier Wen Jiabao i kanclerz Angela Merkel spotkali się na pierwszych międzyrządowych konsultacjach. Niemcy wciąż jednak sprzeciwiają się zniesieniu embarga na dostawy broni do Chin.

Wiele innych krajów to w oczach Chińczyków upadłe potęgi, na które nie warto tracić czasu. Zwłaszcza Wielka Brytania, która jest poza strefą euro i i jej wpływy polityczne w Unii Europejskiej słabną. Kiedy chiński premier Wen Jiabao przyjeżdżał z wizytą do Londynu w czerwcu, chińscy dyplomaci mówili, że niepotrzebnie poświęca aż trzy dni na odwiedzanie tak mało znaczącego kraju.

Mimo trwającej w politbiurze wojny podjazdowej komunistyczni przywódcy za granicą działają jak jedna drużyna. O chińskie interesy zabiegają nie tylko prezydent Hu czy premier Wen. Wyjątkowo aktywny jest także przewodniczący Komitetu Krajowego Ludowej Politycznej Rady Konsultatywnej Chin Jia Qinglin. To on oficjalnie pełni funkcję doradcy w politbiurze i może decydować o strategicznych inwestycjach.

„Jego uścisk ręki i głębokie spojrzenie zjednuje sobie każdego. Potrafi słuchać, inteligentny i otwarty na argumenty", pisze o nim oficjalna gazeta Chińskiej Partii Komunistycznej. W ubiegłym roku doradca politbiura odwiedził m.in. Polskę.

Rozgrywanie Unii

Chiny rozważają, czy zaangażować się w ratowanie strefy euro, ale najbardziej interesują je negocjacje z pojedynczymi krajami. To na nie najłatwiej jest wywierać presję i rozgrywać jednych przeciwko drugim.

Chińczycy kupili obligacje Grecji, Portugalii, Hiszpanii i Węgier. Rozmowy z Chińczykami prowadzą też Włosi.

Polityczne efekty już widać. Z analiz ekspertów z ECFR wynika, że kraje, które do niedawna wywierały na Chiny presję, spuszczają z tonu. Prezydent Francji Nicolas Sarkozy stwierdził ostatnio, że rozumie odmienność chińskiego ustroju.

Przychylność polityków jest niezbędna do chińskiej ekspansji. Masakra na placu Tiananmen uświadomiła wielu krajom, że Chiny są państwem totalitarnym, a jedyne reformy zachodzą w sferze gospodarczej. Państwo Środka zostało obłożone embargiem na sprzedaż broni i technologii podwójnego zastosowania – czyli cywilnej, którą można wykorzystać także w celach militarnych – co mogło poważnie utrudnić realizowanie strategii budowania mocarstwowej pozycji.

Dlatego oprócz kupowania politycznej przychylności jednym z priorytetów jest zdobywanie firm, które posiadają patenty na zaawansowane technologie. Takich jak holenderski producent włókien optycznych Draka.

Niewielka chińska firma Tianjin Xinmao, warta 400 mln dol., gotowa była zapłacić 1,3 mld dol., aby dobić targu. Transakcję jednak wstrzymano.

Wielka Brytania odrzuciła też ofertę chińskiego biznesmena, który chciał kupić lotniskowiec HMS „Invincible". Inny wciąż się stara o zakup siostrzanej jednostki „Ark Royal".

Wszyscy jeszcze pamiętają, jak w 1997 r. Chińczycy kupili ukraiński lotniskowiec „Varyag", zapowiadając, że przerobią go na hotel-kasyno. Chińska firma Chong Lot Travel Agency zapłaciła za niedokończony okręt 20 mln dol. Kilka tygodni temu jednostka wyruszyła w swój dziewiczy rejs jako duma chińskiej marynarki wojennej.

Dziś już wydaje się pewne, że Chong Lot Travel Agency działała na zlecenie Chińskiej Armii Ludowej. Takie same podejrzenia dotyczą wielu innych firm. Zwłaszcza jednego z największych na świecie koncernów branży telekomunikacyjnej Huawei, który inwestuje m.in. w sieć telefonii komórkowej w Polsce.

Chociaż firma istnieje od 1988 r., dopiero rok temu ujawniła pełną listę osób zasiadających w jej zarządzie. W szwedz- kim mieście Kista otworzyła siedzibę tuż obok Ericssona i zatrudniła 200 osób zwolnionych przez szwedzkiego konkurenta, wyraźnie starając się jak najmniejszym kosztem pozyskać cenny potencjał intelektualny.

– Chińska wojna ekonomiczna to prawdziwy blitzkrieg. Zaczęła się po wejściu Chin do WTO. Dzięki zaniżaniu kursu juana i utrzymywaniu niskich kosztów produkcji udało się całkowicie zdestabilizować zachodnie gospodarki. Chiny odpowiadają za obecny kryzys. Osłabiły rywali, a dzięki gigantycznym nadwyżkom walutowym wykupują już nie tylko zachodnie długi, ale przede wszystkim fabryki i infrastrukturę – podkreślają Brunet i Guichard.

Chińczycy przejęli już słynne marki, m.in. Volvo, MG Rover i Saaba. Tylko w tym roku kupili udziały w hiszpańskiej firmie naftowej, węgierskiej firmie chemicznej i norweskim koncernie chemicznym Elkem.

Inwestują w infrastrukturę, która jest im niezbędna do dalszej ekonomicznej ekspansji. W czerwcu ubiegłego roku wykupiły greckie obligacje w zamian za 35-letni leasing portu w Pireusie, który ma ułatwić dostarczanie chińskich towarów do Europy. Inwestują też w port w Neapolu (gdzie znajduje się wielka baza NATO). Na Węgrzech zainwestują miliardy dolarów w infrastrukturę kolejową. Wspierający inwestycje China Development Bank ma już na kontynencie setki oddziałów.

Ale oszacowanie chińskich inwestycji wcale nie jest proste, a to, co widać, to wierzchołek góry lodowej. Zdaniem ECFR cztery piąte chińskiego kapitału przechodzi przez podstawione firmy z Hongkongu, Kajmanów czy Wysp Dziewiczych.

Wszelkie chwyty dozwolone

Głodne surowców Chiny próbują wykupywać też infrastrukturę i firmy, które ułatwią zaopatrywanie chińskiego przemysłu i obniżą jego koszty. W 2009 r. celem strategicznym było kupienie udziałów w koncernie Rio Tinto dostarczającym 40 proc. rud żelaza do Chin. Chińska firma Chinalco próbowała przejąć część udziałów giganta branży wydobywczej za 19,5 mld dol.

Transakcja nie doszła do skutku. Kilka tygodni później w Chinach aresztowano czterech pracowników koncernu, w tym jednego z szefów firmy.

Proces utajniono. Ale zainteresowanie świata było tak wielkie, że Chińczycy musieli się wycofać z zarzutów o wykradanie tajemnic wojskowych. Oskarżonym udowodniono za to korupcję i skazano ich na długoletnie więzienie. Protesty Australii niewiele pomogły, bo oskarżeni przyznali się do winy.

Przywiązujemy wielką wagę do rozwoju relacji handlowych i gospodarczych, ale stanowczo sprzeciwiamy się rozdmuchiwaniu tej sprawy i mieszaniu się w niezależność chińskiego wymiaru sprawiedliwości – stwierdziło chińskie MSZ.

Chiny sięgają po takie działania w ostateczności, bo nie chcą wystraszyć zachodnich inwestorów. Ale sygnał był wystarczająco silny. Zachodni politycy, decydując się na stracie z Chinami, będą pamiętać, że mogą nie tylko stracić szanse na chińskie inwestycje, ale także narazić na niebezpieczeństwo swoich biznesmenów działających w Chinach. Chiński wymiar sprawiedliwości działa bowiem w sposób całkowicie nieprzejrzysty, a każda krytyka jest uznawana za mieszanie się w wewnętrzne sprawy Chin.

W zachodnich mediach krytyka Chin staje się coraz bardziej niemrawa. Komunistyczny reżim może liczyć m.in. na wsparcie medialnego magnata Ruperta Murdocha. Właściciel amerykańskiej telewizji Fox News, brytyjskiego „Sunday Timesa" i wielu innych mediów ma liczne biznesowe związki z Chinami. Ma też urodziwą, o 40 lat młodszą, chińską żonę, która jest działaczką Komunistycznej Partii Chin. Należący do Murdocha „Wall Street Journal" nie zamieszcza niemal żadnych krytycznych artykułów o kulisach chińskiej ekspansji na Zachodzie.

Część komentatorów podkreśla, że Chiny nie stanowią realnego zagrożenia, bo nie mają ambicji narzucania swojego systemu wartości innym. Ale znawca Państwa Środka jest przekonany, że Chiny mają ukrytą agendę.

– Wszyscy dobrze wiemy, jak się skończyło niedocenianie ambicji Hitlera i III Rzeszy. Tak samo może być w przypadku Chin. Wystarczy, że poczują się wystarczająco silne – mówi „Rz" Bruce Jacobs z Monash University w Australii.

Po latach koncentrowania się na zdobywaniu wpływów w Afryce widać wyraźnie, że na liście chińskich priorytetów znalazła się Europa. Nieudane przedsięwzięcia, takie jak budowa autostrady A2 w Polsce przez firmę Covec, wcale nie są dowodem na to, że zagrożenie jest wyolbrzymione. To raczej dowód, jak bardzo Chińczycy są zdeterminowani.

Ponieważ na szczeblu politycznym zapadła decyzja o wchodzeniu do konkretnych krajów, niektóre firmy próbują to robić, nawet nie licząc się z ekonomicznymi realiami. Na chińską determinację może też wskazywać zakup Huty Stalowa Wola, w której Chińczycy dali pracownikom gwarancje zatrudnienia i podwyżek.

Coraz więcej ekspertów dostrzega, że Europa jest na straconej pozycji. Chociaż USA uzależniły się finansowo od Chin, to przynajmniej wiedzą, jak wielki dług znajduje się w chińskich rękach. Amerykanie bronią się też przed wykupywaniem firm i technologii. Komisja ds. Inwestycji Zagranicznych pilnuje, by obcy kapitał nie przejął kluczowych dla bezpieczeństwa państwa sektorów gospodarki.

Europa nie tylko nie wie, jak duże ilości papierów dłużnych poszczególnych państw są w chińskich bankach. Nie ma też mechanizmów pozwalających bronić kluczowej infrastruktury i ponadnarodowych koncernów przed wykupywaniem.

– Kraje Europy nie są w stanie się zjednoczyć, aby stawić czoła chińskiej ekspansji. A to ostatnia chwila, aby zapobiec całkowitemu uzależnieniu od Chin. Naszym zdaniem państwa Zachodu powinny solidarnie wystąpić z WTO i utworzyć nową organizację WTO bis. Potem moż- na będzie przyjąć Chiny, jeżeli będą tego chciały, już na nowych, wolnorynkowych zasadach – podkreślają Antoine Brunet i Jean-Paul Guichard.