Premier Morawiecki, mówiąc kilka tygodni temu w Sejmie o wydarzeniach na granicy polsko-białoruskiej, stwierdził, że tureckie działania, czyli transport imigrantów, są „w pełnej synchronizacji" z Rosją i Białorusią. Czy to chwilowy kryzys w stosunkach polsko-tureckich czy ich prawdziwy obraz, czyli że Ankara wspiera Mińsk i Moskwę, a nie Warszawę?

Stosunki turecko-polskie nie są nowe. Nasze stosunki dyplomatyczne to ponad sześćset lat. Fundamenty są więc bardzo mocne. Dlatego należałoby spojrzeć na sytuację z szerszej perspektywy. Nie chodzi tylko o tę wielowiekową historię. W 2009 r. została podpisana umowa o partnerstwie strategicznym. Były wtedy inne rządy, inni politycy, ale to, pod czym się podpisaliśmy, wiąże i Polskę, i Turcję. Podczas moich środowych spotkań w Warszawie z prezydentem Dudą i marszałek Witek poruszyliśmy ten temat. Są podpisane umowy i to zabezpiecza nasze stosunki, więc nie ma problemu. Są jednak dwie ważne kwestie, jeżeli chodzi o ten temat. Po pierwsze: kiedy jakiś kraj wypowiada się na jakiś temat, to trzeba dokładnie przeanalizować. Wypowiedzi mają jakąś podstawę, wynikają z jakiejś wiedzy. Druga kwestia: każde państwo ma inną historię, inną wrażliwość. Turcję i Rosję różni geografia, mamy inne wartości. Rosja leży na północ od nas, po drugiej stronie Morza Czarnego, ale jest dla Turcji nie tylko tam, jest i w Syrii, gdzie od lat współpracujemy, i na Kaukazie, i w Azji Środkowej. Stosunki należy utrzymywać, dbając o wrażliwość innych państw. To jest w pewnym sensie utrzymywanie równowagi.

Turcja nie stoi po żadnej stronie, patrzy z własnej perspektywy. W wypadku kryzysu z Białorusią Turcja jest za Polską.

A w tym konkretnym kryzysie, który dotknął Polski, jesteście po stronie Polaków czy Putina i Łukaszenki?

Turcja nie stoi po żadnej stronie, patrzy z własnej perspektywy. W wypadku kryzysu z Białorusią Turcja jest za Polską. I nie tak, jak inne kraje, które mówią, ale za słowami nie idą czyny. Robi konkretne kroki, jak kontrola i blokowanie lotów na Białoruś. Polska jest naszym sojusznikiem i przyjacielem. Gdyby Białoruś, tak jak Turcja, przyjmowała uchodźców i tam by zostawali, to byłaby jej wewnętrzna sprawa. Ale w tym wypadku przyjmuje uchodźców, docierających poprzez Turcję czy inne kraje, tylko po to, by ich potem wypychać do Polski, do Europy, albo używać ich jako żywe tarcze. To nie do zaakceptowania.

Rosną obawy, że Rosja zaatakuje Ukrainę. Prezydent Erdogan zaoferował się jako negocjator. Ma w piątek przeprowadzić rozmowę telefoniczną z prezydentem Putinem. Czy Ankara może powstrzymać wojnę w naszym regionie?

Rosja i Ukraina to jest też nasz region. Turcja nie może bezczynnie czekać na międzynarodowe spotkania, na których będą rzucane różne pomysły. Turcja była i będzie krajem, który podejmuje inicjatywę i proponuje negocjacje. I tak jest w tym wypadku. Nie chodzi tylko o wąską perspektywę, o to, że jesteśmy poprzez Morze Czarne sąsiadami Rosji i Ukrainy. Bardzo ważne, by poprzez negocjacje zapewnić pokój, zanim ten konflikt się rozwinie. Bo jak by to wybuchło, miałoby konsekwencje globalne.

Jest odzew z Kijowa i Moskwy na turecką propozycję?

Nic nie jest pewne na tym świecie. Turcja wyraziła wolę i chęć, by być negocjatorem. Zobaczymy, do czego to doprowadzi. Życzymy, by był pokój i w tym kierunku będziemy zmierzać. W szczegóły nie mogę wchodzić.