Jerzy i Irena Z. (imiona fikcyjne) byli właścicielami owczarka kaukaskiego. Pies miał rodowód i brał udział w wystawach. W jednej z nich zdobył nawet złoty medal „najlepszy w swojej rasie".
W kwietniu 2012 roku pies dostał nagle silnego wzdęcia brzucha, próbował wymiotować, głośno jęczał a z pyska zaczęła mu lecieć piana. Przybyły na miejsce technik weterynarii nakłuł zwierzęciu żołądek i zalecił szybie przewiezienie czworonoga do kliniki.
Tak też się stało. W klinice Marcina G. (imię fikcyjne) owczarek przeszedł trwającą półtorej godziny operację. Po niej właściciele otrzymali zalecenie od weterynarza, aby zabrać psa do domu.
Niestety, następnego dnia stan psa gwałtownie się pogorszył. Właściciele podjęli próby kontaktu z Marcinem G. Kiedy wreszcie się to udało, weterynarz odmówił przyjazdu do domu opiekunów, wskazując, że powinni oni przywieźć psa do kliniki. Właściciele z uwagi na wymioty oraz wagę zwierzęcia (70 kg) na to się jednak nie zdecydowali. Stan psa stawał się co raz gorszy. Zrozpaczeni właściciele jeszcze raz zadzwonili do weterynarza. Proponowali mu, że przywiozą go do swojego domu i później odwiozą. Marcin G. jednak ponownie im odmówił. Wieczorem pies już nie żył.
Kilka dni po śmierci swojego pupila zamieścili na jednym z forów internetowych krytyczne opinie dotyczące weterynarza i działania personelu jego kliniki. Opisywali w nich proces leczenia psa, a także porównali klinikę Marcina G. do „rzeźni".