Czy dane dotyczące zgonów na SARS-CoV -2 są zaniżane?

Nie mieszajmy pojęć. Według Światowej Organizacji Zdrowia (World Health Organization, WHO), o śmierci z powodu COVID-19 (choroby wywołanej zakażeniem SARS-CoV-2) możemy mówić u pacjenta, który rozwinął objawy, takie jak gorączka, kaszel, duszność, oraz został zdiagnozowany testem PCR. Słowem – musimy mieć dowód, że był zakażony.

Czasem są objawy, ale brakuje testu. Dlaczego nie badamy zmarłych, nie robimy im sekcji zwłok?

Po pierwsze dlatego, że sekcja nie jest metodą diagnostyczną dla zakażenia SARS-CoV-2. Jest nią badanie PCR, wykonane w dodatku u pacjenta, który ma aktywną replikację wirusa, a więc w piątym – dwunastym dniu od zakażenia (później RNA wirusa może się utrzymywać w organizmie, ale nie jest zakaźne). Po drugie – może ważniejsze - dlatego że musimy się skoncentrować na diagnozowaniu żywych, by jak najwięcej z nich otrzymało właściwą pomoc i nie powtórzyło losu zmarłych. Żaden system ochrony zdrowia na świecie nie jest na tyle wydolny, by wykonać tyle testów, ile by należało. Jeśli dodatkowo zapchamy laboratoria próbkami od zmarłych, nie pomożemy żywym.

Krytycy twierdzą, że nie jest możliwe, byśmy mieli dwa razy mniej zgonów niż Włosi, Hiszpanie czy Francuzi i gdybyśmy testowali zmarłych, statystyki mogłyby się zbliżyć do wyniku włoskiego.

Zauważmy, do Włoch czy Hiszpanii wirus dotarł znacznie wcześniej niż do Polski. Tamtejsze systemy ochrony zdrowia nie miały czasu przygotować się na niego tak jak my, wdrożyć odpowiednich procedur. Zadziałała też różnica w mentalności – nawet po ogłoszeniu stanu epidemicznego wielu Włochów nadal odwiedzała się w domach czy chodziła do restauracji. U nas społeczeństwo okazało się wyjątkowo karne, co pozwoliło wypłaszczyć liczbę zakażeń. Wirus nie jest dla nas mniej niebezpieczny, ale rozprzestrzenia się wolniej, a dzięki zamknięciu dotyka znacznie mniej osób niż w innych krajach. Zapewne wielu z nas przechodzi zakażenie bezobjawowo lub daje on tzw. objawy poronne, np. w postaci zmęczenia. Powoli się na niego uodparniamy. Z doświadczeń chińskich czy włoskich wynika, że 80 proc. społeczeństwa przejdzie SARS-Cov-2 łagodnie. Tylko ok. 20 proc. trafi do szpitala, a z tych 20 proc. zaledwie kilka procent będzie wymagało podłączenia do respiratora.

Regularnie słyszy się jednak o osobach, które miały objawy SARS-Cov-2 i zmarły pod respiratorem, ale jako przyczynę zgonu wpisano co innego. „Choroby współistniejące” stały się już anegdotyczne. Czy to możliwe, by osoba zmarła na koronawirusa, ale nie zdążyła zostać zdiagnozowana, bo choroba postąpiła u niej błyskawicznie?

Teoretycznie jest to możliwe. Być może zgony są w niektórych przypadkach raportowane nieprawidłowo. Jednak „anegdotyczne” choroby współistniejące to w epidemiologii jedna z trzech oficjalnych przyczyn zgonów. Dzielimy je na bezpośrednią, np. zatrzymanie krążenia, chorobę wyjściową i choroby współistniejące mogące mieć związek z przyczyną zgonu. Pacjent z rakiem prostaty może umrzeć z innego powodu, np. sepsy czy wstrząsu. Myślę, że nikomu nie zależy na zaniżaniu statystyk.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Czy sepsa lub wstrząs nie są związane z koronawirusem?

Niekoniecznie. Owszem, infekcja wirusowa otwiera drogę do bakteryjnego zapalenia płuc, który będzie jej powikłaniem, ale jeżeli taki pacjent umrze z powodu sepsy, nie będzie to znaczyło, że zmarł na koronawirusa. Nie zapominajmy także o wstrząsie, czyli ogólnoustrojowym zjawisku, które ma wiele przyczyn i prowadzi do niedotlenienia tkanek. Wstrząs, rozwijający się w chorobach zarówno zakaźnych, jak i kardiologicznych, wiąże się ze śmiertelnością na poziomie 50-70 proc. Pacjent z SARS-CoV-2 może umrzeć z powodu wstrząsu, który nie musi być związany z koronawirusem.

Czy zmarły z koronawirusem może zakażać osoby mające z nim kontakt? Porozumienie Zielonogórskie, które skupia lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, uważa, że do stwierdzania zgonów u pacjentów zmarłych w domu, powinny zostać powołane specjalne służby. Dziś robią to sami, ale państwo nie zapewnia im środków ochronnych.

Nie ma powodu, dla którego zmarłego potencjalnie zakażonego koronawirusem należy traktować inaczej niż potencjalnie zakażonego HIV czy wirusowym zapaleniem wątroby typu B lub C. A przecież już dziś, stwierdzając zgon, lekarz podstawowej opieki zdrowotnej musi się liczyć z tym, że zmarły może być ich nosicielem. Przypominam, że wirus z SARS-Cov-2 przenosi się głównie drogą kropelkową i nie ma ryzyka, że zmarły „nakicha” na lekarza lub że lekarz, zachowujący podstawowe zasady ostrożności, będzie miał kontakt z jego płynami ustrojowymi. Uspokajam więc, że nie ma się co bać. Podobnie jak uspokajam pracowników prosektoriów czy domów pogrzebowych. Według światowych ekspertów WHO, amerykańskiej agencji epidemicznej Centers for Disease Control (CDC) czy Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (European Centre for Disease Prevention and Control, ECDC), poza unikaniem aerozoli wytworzonych przez osobę zakażoną, należy częściej myć ręce i unikać dotykania brudnymi rękami twarzy czy oczu. Powraca zwracanie uwagi na podstawowe zasady higieny jako najprostszy i najbardziej skuteczny sposób zapobiegania rozprzestrzenianiu się chorób zakaźnych.

 

Prof. Andrzej Marszałek jest konsultantem krajowym w dziedzinie patomorfologii, prezesem Polskiego Towarzystwa Patologów, wicedyrektorem Wielkopolskiego Centrum Onkologii