W związku z wykryciem w Polsce pierwszego przypadku małpiej ospy przypominamy tekst z 24 kwietnia 2020

Z zoonozami, czyli chorobami odzwierzęcymi, mamy do czynienia od samego początku cywilizacji Epidemie niejednokrotnie dziesiątkowały całe ludzkie populacje i zmieniały losy historii. Często zaczynały się bardzo niewinnie i to w czasach, gdy nie było dostępu do zaawansowanych laboratoriów. Nie snuto teorii o laboratoryjnych modyfikacjach, ale też nie potrafiono znaleźć naukowych podstaw wyjaśniających ich pochodzenie. Przez całe wieki nie wiedziano o istnieniu drobnoustrojów, a wszelkie choroby dręczące ludzkość przypisywano siłom wyższym i nierzadko traktowano jako karę za grzechy.

Ebola, HIV, Marburg, Denga, żółta febra, SARS, MERS – to nazwy, które znamy choćby ze słyszenia. Dwie ostanie z chorób to pandemiczni kuzyni COVID-19. Wydawałoby się, że ludzkość nigdy jeszcze nie była tak skupiona na problemie chorób zakaźnych. Jak to się więc stało, że w cieniu koronawirusa właściwie zapominamy o wcześniejszych problemach: malarii, boreliozie, wściekliźnie i wielu innych zoonozach? One wciąż zbierają krwawe żniwo. One są stare, a COVID-19 jest nowy i inny. Odmienna od poprzednich jest również obecna epidemia. Między innymi dlatego tak trudno poszukiwać dla niej spójnych wyjaśnień i modelować jej przebieg.

Współczesny świat sprzyja epidemii

Urbanizacja, proces wędrówki ludzi do miast, gdzie żyje już ponad połowa światowej populacji ludzkiej, a miasta zaczynają przypominać mrowiska. A one oznaczają nie tylko wysokie budynki, szerokie ulice i brak zieleni, ale także olbrzymie zagęszczenie ludzi i wielkie prawdopodobieństwo spotykania się. Dziś dziennie widzimy więcej osób, niż nasi pradziadkowie w ciągu całego swojego życia. Poza tym zmienia się struktura demograficzna społeczeństw. Coraz więcej jest osób starszych i schorowanych. Wszechobecny jest transport dóbr, ludzi, zwierząt i usług – szybki i na olbrzymie odległości. Z hubami – lotniskami i portami. To czynniki ułatwiające powstawanie epidemii. Wypisz, wymaluj, obraz współczesnego świata.

Wszystko się miesza – nie tylko różne kultury i języki, ale też patogeny. Spotkanie wymyślnej, tropikalnej choroby na północy Norwegii, czy w południowym Chile to już nie fantazje literackie, ale rzeczywistość. Tempo ich rozprzestrzeniania ograniczone jest tylko szybkością samolotów. Praktycznie są natychmiast i wszędzie. Globalizacja działa bowiem w dwie strony. Nie tylko ujednolicając struktury społeczne i konsumpcję, ale i dając możliwość zaistnienia lokalnym zwyczajom, kulturze i chorobom. Internet sprawił, że świat zna koreańskie piosenki, sudańską kuchnię, a połączenia lotnicze sprawiły, że problem medyczny związany z lokalnym folklorem kulinarnym ogarnął cały świat.

 

Niebezpieczne zwyczaje

Chińczycy się bogacą, lubią dobrze zjeść, zademonstrować swój status materialny i polityczne wpływy. Interesy matrymonialne i biznesowe świetnie załatwia się przy suto zastawionym stole. A na nim już nie wystarczy sporo mięsa wieprzowego czy drobiowego – należy pokazać coś oryginalnego. Lądują więc w talerzach najdziwniejsze zwierzęta. Często przygotowywane na oczach uczestników biesiady. To część lokalnej tradycji. Choć tradycja pichcenia w gorącym oleju czy z dodatkiem silnych przypraw stanowi naturalne remedium na patogeny, to jednak nie na wszystkie. Nie da się zwalczyć nieznanego wroga.

Jednak nim potępimy kulinarnego fioła mieszkańców Azji, przypatrzmy się, co się dzieje na naszym własnym podwórku. Bynajmniej nie chodzi wyłącznie o kopiowanie wietnamskich, malezyjskich czy indyjskich nawyków kulinarnych, ale o to, jak sami podchodzimy do dzikich zwierząt. Dziwne gatunki praktycznie nie lądują u nas w garnkach, ale w terrariach i akwariach – czemóż by nie? Krokodyl na piętrze apartamentowca, piękne węże koralowe, kolekcja najdziwniejszych ryb akwariowych czy motylarnia z tropikalnymi gatunkami. To nie ogrody zoologiczne, a prywatne fascynacje zamożnych. Zamiast butów czy torebki ze skóry boa dusiciela - prawdziwy wąż w domu. Zamiast piór czapli na głowie - egzotyczna hodowla kuraków. Prawie nikt, a już zwłaszcza wegetarianie, nie zje jaszczurki, za to hobbystyczne hodowle gekonów, scynków czy kameleonów to coraz częstsze zjawisko. Egzotyczne zwierzęta to nie wyłacznie motyw bajek i legend czy wymyślnych tatuaży celebrytów i naśladujących ich miłośników egzotycznej fauny. To tykająca epidemiologiczna bomba.

Egzotyka na wolności

W praktyce naukowcy już dostrzegają, że ucieczka części egzotycznych gatunków z hodowli amatorów tworzy poważne problemy. Węże na Florydzie, kolorowe papugi aleksandretty królewskie dające się we znaki mieszkańcom Londynu czy Brukseli (zaobserwowane już również i w Polsce) albo wrony orientalne rozwalające kurki z wodą w pustynnym Eilat - to tylko kilka przykładów pierwszych z brzegu. Także i u nas w kraju mamy wiele egzotycznych uciekinierów. Szop pracz, norka amerykańska czy żółw czerwonolicy to przykłady z krajowego podwórka. Nie tylko niszczą rodzime populacje zwierząt, ale są ważnym wektorem patogenów. Niebezpiecznych przede wszystkim dla spotykanych w ekosystemach innych podobnych gatunków. Pozostaje jednak tylko kwestią czasu aż jakiś nowy wirus, riketsja czy bakteria staną się problemem i dla Homo sapiens.

Cóż możemy zatem zrobić? Przede wszystkim przestać degradować ekosystemy i nadmiernie eksploatować populacje zwierząt. Te przyparte niejako do muru żyją w stresie. A stres to osłabienie układu immunologicznego, zniszczenie naturalnej bariery chroniącej przed infekcjami – również tymi niebezpiecznymi dla nas. Nie trzeba jeść dzikich zwierząt, aby narazić się na choroby od nich pochodzące. Sama eksploracja siedlisk nietoperzy w Azji przyczyniła się do nadmiernego stresu. Niepokojone osobniki są bardziej ruchliwe i częściej oddają odchody – będące nośnikiem wielu potencjalnie groźnych patogenów.

Lepiej zapobiegać, niż leczyć

Nie zaskakuje więc, że w czasie dzisiejszej pandemii pojawia się mnóstwo pomysłów, jak poprawić nasze relacje z przyrodą. Pierwszym z brzegu przykładem jest pomysł zamknięcia całego handlu dzikimi zwierzętami. Lubimy takie proste rozwiązania. Problemem jest jednak to, że one bywają prostackie i szalenie nieskuteczne. Co zrobić z targami dzikich zwierząt? Odpowiedź bywa jedna, jedyna: zakazać, nasłać policję i zamknąć na cztery spusty! Brzmi to nawet nieźle, jest szeroko społecznie akceptowane, podpisują się pod tym autorytety ochrony przyrody, środowiska i medycyny. Jest tylko małe, ale… Ten system nie zadziała, a jedynie się nieco zmieni. Zamiast znanego wszystkim w mieście targu, możliwego do kontrolowania, otoczenia kordonem sanitarnym, z zaleceniami edukacyjnymi i traktowaniem miękką siłą, powstaje szereg małych miejsc spotkań, praktycznie niemożliwych do monitorowania.

W miejsce jednej dużej bomby mamy mniejsze, ale za to znacznie liczniejsze. Targi dzikich zwierząt, handlowanie zwierzętami prosto z buszu czy sawanny to nie tylko lokalna kultura kulinarna Azji. W Afryce to wręcz podstawa egzystencji wielu społeczeństw. Istniała tam praktycznie od zawsze, a za mięso antylopy czy kawałek strusia można było zakupić miód, sfermentowany sok, a nawet życiową partnerkę. Naiwnością na pograniczu głupoty jest wiara w szybkie wykorzenienie tych zjawisk. To długotrwały proces, który powinien zacząć się w zamożnych krajach Europy i Ameryki. Zamiast niezdrowego podniecania się egzotyką, poznawanie lokalnej fauny. Wyjście na spacer z lornetką i aparatem do lasu.

Przepis na pandemię

Zdajemy sobie sprawę, że ludzie pragną zwierząt egzotycznych. Sektor usług żywieniowych, handlu sprzętem do ich hodowli i usług weterynaryjnych jest przeogromny i stale się rozwija. Wycieczki do ogrodów zoologicznych czy wielkich delfinariów i akwariów, gdzie całe rodziny z dziećmi wybierają w mnóstwie gadżetów – to syndrom tropikalnych fascynacji. Uwagę przyciągają wielka afrykańska piątka, panda wielka, orka, a nawet szop pracz. Coś miłego, charakterystycznego, czy jak to teraz opisują badacze: charyzmatycznego.

Ale jest i grupa dla wyrafinowanych odbiorców. Gatunki małe, szarawe, trudno zapamiętywalne, ale wyjątkowe, takie z niedostępnych miejsc i takie do zobaczenia zwykle w jednym miejscu. Na nie też jest popyt. Ludzie zrobią wiele, by je pozyskać. Nie da się ich kupić na giełdzie, to dlaczego by nie przygotować wyjazdu w najdziksze zakątki Malezji, Zimbabwe czy Salwadoru? Jest potrzeba, to handlarze pojadą, nawet w miejsca ogarnięte wojną. Bo to wielki biznes. A zestresowane zwierzę przyparte do muru, kiedy nie ma nic do stracenia, może zaatakować, ugryźć, zadrapać. Czasem kończy w kociołku jako bushmeet. Świetny patent na przekazanie dziwnych patogenów. Na początku jednej osobie, ale ta kichnie, poda rękę innej i globalna tragedia gotowa.

 

Prof. dr hab. Piotr Tryjanowski i Martyna Frątczak pracują na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Zajmują się m.in. zoonozami (chorobami odzwierzęcymi) i relacjami człowiek – zwierzęta.