W ciągu zaledwie pięciu dni złoty umocnił się o 3 proc. wobec dolara i blisko 2 proc. wobec euro. W tym czasie był najsilniejszą spośród ponad 30 głównych walut na świecie. To wyraźna odmiana losu w stosunku do poprzednich kilkunastu dni, gdy polska waluta błyskawicznie traciła na wartości. Jeszcze przed Świętem Niepodległości za euro trzeba było zapłacić nieco mniej niż 4,60 zł, dwa tygodnie później kurs ten był już blisko 4,73 zł – najwyżej od 2009 r. To z kolei prowokowało obawy przed wzrostem inflacji, co potęgowało wrażenie, że NBP spóźnia się z zaostrzaniem polityki pieniężnej. W czwartek po tej słabości nie było już śladu. Kurs euro znów znalazł się poniżej 4,60 zł. Dolar kosztował około 4,05 zł, podczas gdy kilka dni wcześniej nawet 4,20 zł. Analitycy nie prześcigają się jednak w prognozowaniu dalszej silnej aprecjacji złotego.

Czytaj więcej

W 2022 rok wejdziemy z bardzo słabym złotym

Mniejsza płynność

Do umocnienia złotego w ostatnich dniach przyczyniło się kilka wydarzeń. W środę w „Financial Times" ukazał się artykuł sugerujący bliskie porozumienie polskiego rządu z Komisją Europejską w sprawie uruchomienia Krajowego Planu Odbudowy. – Aprecjacja złotego to przede wszystkim efekt zaostrzenia retoryki przez prezesa NBP Adama Glapińskiego. W swoich ostatnich wystąpieniach wskazywał on, że nie ma mocnej gospodarki bez mocnego złotego, inflacja nie jest już przejściowa, tylko stała się uciążliwa, i że widzi on przestrzeń do dalszego zacieśniania polityki pieniężnej – tłumaczy „Rz" Marcin Kujawski, ekonomista z BNP Paribas. – Zmiana retoryki została wzmocniona przez działania NBP w zakresie zarządzania płynnością. Chociaż bank centralny wciąż może dokonać zakupów skarbowych papierów dłużnych na rynku, to zrezygnował z organizowania comiesięcznych aukcji. Dodatkowo NBP uruchomił dostrajającą operację otwartego rynku, dzięki której zaabsorbował płynność, co pchnęło stopy procentowe na rynku międzybankowym w górę i sprawiło, że gra na osłabienie złotego stała się droższa dla zagranicznych inwestorów – dodaje, odnosząc się do środowej, pierwszej od maja 2020 r., operacji dostrajającej, w ramach której NBP ściągnął z rynku ponad 7 mld zł. Dzień wcześniej zaczęła z kolei obowiązywać wyższa stopa rezerwy obowiązkowej (2 proc. zamiast 0,5 proc.), co też ograniczyło płynność na rynku złotego.

– W niedawnym raporcie pisaliśmy, że aby skutecznie obniżyć inflację, potrzeba umocnienia złotego, a to z kolei wymaga werbalnych interwencji prezesa NBP lub rzeczywistych działań na rynku. Wydaje mi się, że jesteśmy świadkami właśnie takich zmian – ocenia Piotr Kalisz, główny ekonomista Citi Handlowego.

RPP pod presją

Zdaniem Jakuba Borowskiego, głównego ekonomisty Credit Agricole Bank Polska, z serii czynników, które przyczyniły się do aprecjacji złotego, najważniejsze były prawdopodobnie doniesienia „FT". To tłumaczyłoby, dlaczego węgierski forint zachowywał się w ostatnich dniach niemal identycznie jak złoty, choć na węgierskim rynku nie doszło do podobnych zmian płynności. Spór o unijne fundusze dotyczy natomiast także Węgier. To jednak oznacza, że jeśli zatwierdzenie KPO nie nastąpi szybko, złoty i forint znów znajdą się pod presją.

Marcin Kujawski zwraca z kolei uwagę na to, że wstępny szacunek inflacji w listopadzie (7,7 proc.), ostatnie wypowiedzi prezesa NBP oraz operacje tej instytucji inwestorzy zinterpretowali jako sygnał dużej podwyżki stóp na najbliższym posiedzeniu RPP. Rynek finansowy oczekuje wzrostu stopy referencyjnej NBP za tydzień nawet o 1,25 pkt proc., do 2,5 proc. Jeśli taka zmiana nie nastąpi albo mniejszej zmianie nie będą towarzyszyły zdecydowane deklaracje dotyczące kolejnych podwyżek, inwestorzy mogą być rozczarowani, a złoty znów osłabnie.