Przemawiając na spotkaniu z dziennikarzami Blankfein stwierdził, że historia banku pokazuje, że może utrzymać swoje stanowisko jeszcze bardzo długo.
Pytania o stanowisko szefa banku pojawiły się w ostatnich miesiącach po tym jak Greg Smith, menedżer Goldman Sachs w Londynie, postanowił ostatniego dnia w firmie opublikować przemyślenia na temat byłego pracodawcy w artykule w "The New York Times".
Smith skrytykował bank za pogardliwy stosunek do klientów i zarzucił mu rozwijanie "toksycznej" kultury chciwości i dbałości wyłącznie o własny interes.
Blankfein objął swoje stanowisko w 2006 r., po tym jak Henry Paulson, jego poprzednik, został sekretarzem skarbu w administracji George'a W. Busha.
- Mam 57 lat, i co ja miałbym robić przez następnych 60 lat mojego życia? – żartował Blankfein. – Moich pięciu – sześciu poprzedników zrezygnowało ze stanowiska tylko dlatego, że przyjęli propozycje pracy w rządzie, a Gus Levy zmarł przy swoim biurku. Nikt z rządu raczej do mnie nie zadzwoni, co oznacza, że albo zostanę tu na zawsze, albo umrę na stanowisku – dodał rozbawiony.
Dawni udziałowcy i szefowie Goldmana, np. Sidney Weinberg, John Whitehead i Robert Rubin służyli w administracjach prezydentów Franklina Roosevelta, Ronalda Reagana i Clintona. Doradcą ekonomicznym Busha był Stephen Friedman.
- Kiedy wszystko przebiega dobrze, bo ta praca jest najlepsza na świecie, a z takiej się nie rezygnuje, jak sprawy przybierają zły obrót to z uwagi na odpowiedzialność nie wolno odejść ze stanowiska – dodaje szef Goldmana.
Szef Goldman powiedział, że chociaż reformy są konieczne w Europie, to ich surowość jest zbyt niepokojąca. - Reformy strukturalne są konieczne, ale należałoby się upewnić, czy leczenie nie zabije pacjenta - skomentował.