Publicystyka

Radwańskie w Izraelu - incydent zamieciony pod dywan

Urszula (z lewej) i Agnieszka Radwańskie na igrzyskach olimpijskich w Londynie
Fotorzepa, Piotr Nowak
Co by się działo, gdyby to w Polsce kibice krzyczeli do tenisistki „żydowska suko”? Pewnie mieliby na karku ekipę TVN, reporterów „Gazety Wyborczej”, a Jan Tomasz Gross pisałby kolejną książkę o skrajnym polskim antysemityzmie – zauważa publicysta
W czasie niedawnego meczu Polski z Izraelem w tenisowych rozgrywkach Pucharu Federacji, toczących się w kurorcie Ejlat, debel Agnieszki i Urszuli Radwańskich, czołowych zawodniczek świata, był lżony i wyzywany przez kibiców. Pod adresem Polek padały okrzyki: „Katolickie suki!”, o gwizdach, buczeniu i rzucaniu na kort papierowych samolocików nie wspominając. Ten mecz z Julią Glushko i Shahar Peer siostry Radwańskie wygrały 4:6, 6:3, 6:4, czym zapewniły Polsce zwycięstwo w turnieju – właśnie kosztem jego gospodyń – oraz awans do dalszych gier. Ale po tym sukcesie na twarzach Polek nie było widać radości. Pomeczowa konferencja prasowa trwała – niebywałe! – kilkadziesiąt sekund. Radwańska po paru zdawkowych i ironicznych zdaniach („Wszystko było perfekcyjnie zorganizowane”) wyszła z sali razem z siostrą i trenerem Tomaszem Wiktorowskim. O incydencie poinformował m.in. Dawid Celt, czlonek polskiej ekipy tenisowej.

Gwizdy i buczenia

Nie pierwszy to przypadek w historii tenisa, zwłaszcza żydowskiego. Niedawno byłem na meczu polskich tenisistów w centrum tenisowym w Ramat Hasharon pod Tel Awiwem, kolebce izraelskiego tenisa, kuźni tamtejszych talentów. Na trybunach panował względny spokój, bo Izrael łatwo wygrywał starcie, ale kiedy tylko Jerzy Janowicz – nasz tenisowy supertalent, który ma pazurki i chętnie je pokazuje – akurat zaczął po swojemu wydziwiać, trybuny pokazały, na co je stać. Polak był zakrzykiwany, wyklaskiwany i wyszydzany, co tylko dalej wyprowadzało go z równowagi. W 2008 roku w Izraelu nie wytrzymywała sama Maria Szarapowa. Rosjanka uderzała piłki przy salwie gwizdów, każdy jej błąd był nagradzany oklaskami, na dodatek chamsko przedrzeźniano zawodniczkę, imitując odgłosy wydawane przez nią na korcie.
Można powiedzieć – nic niezwykłego. Trybuny piłkarskie widziały gorsze rzeczy, a w tenisie mecze reprezentacyjne rządzą się innymi prawami niż nobliwe turnieje – w Ameryce Południowej przeradzały się w zamieszki na ulicach.
Ale w tym konkretnym wypadku nie bez znaczenia chyba jest powszechnie znany fakt – w końcu Agnieszka Radwańska jest czwartą zawodniczką świata – że jest ona żarliwą katoliczką. Wspiera akcję „Nie wstydzę się Jezusa”, namawia do noszenia krzyżyków, medalików lub innych ozdób religijnych, na korcie dumnie pozuje na tle napisu „Jezus” ułożonego z tenisowych piłek. Takie uczucia idą w parze z patriotyzmem: Radwańska wypowiadała się na tematy związane z katastrofą smoleńską, a jej ocena poczynań obecnego rządu jest druzgocąca.

Bez litości

Tymczasem incydent w Izraelu media w zasadzie przemilczały (nie licząc portali Niezalezna.pl i Narodowcy.net). Polski Związek Tenisowy też nie kwapił się do komentowania sprawy. Bo właściwie, o co chodzi, mecz został wygrany, siostry się spakowały i pojechały na następny turniej – z Ejlatu prosto do Doha. Słowem – tenisowa karuzela kręci się dalej i nie ma co tracić czasu na drobiazgi. Czyżby drobiazgi? Najgorsze, co możemy zrobić w przypadku incydentu z Izraelem, to zamieść sprawę pod dywan. W imię obrony polskości, ale i katolicyzmu. Odwróćmy bowiem sytuację. A gdyby tak w Polsce – okazją może być kwietniowy turniej tenisistek w Katowicach, choć bez udziału Radwańskiej – kibice krzyczeli do zagranicznej tenisistki „żydowska suko”? Pewnie mieliby już na karku ekipę TVN, reporterów „Gazety Wyborczej”, a Jan Tomasz Gross pisałby kolejną książkę o skrajnym antysemityzmie... A może już to robi, zbierając z Internetu cytaty sfrustrowanych kibiców, którzy – oburzeni incydentem w Izraelu – dają na forach wyraz swojej dezaprobacie – czasem ubranej w antysemickie szatki – dla takich zachowań? Wtedy litości by nie było... Właściwie Radwańskie zrobiły, co należało: spuściły rywalkom manto i argumentami sportowymi wyłożyły swoje racje. Brawo, że drużyna pokazała charakter, bo czasem w tenisie mecze trzeba wygrywać nie tylko z rywalem, ale i wspierającą go widownią. Oczywiście w takiej sprawie nie ma sensu oficjalne dementi ze strony Ministerstwa Spraw Zagranicznych czy polskiego rządu, aby nie zniżać się do poziomu kortu. Ale podobnych wyczynów nie można też puścić płazem i trzeba przynajmniej rzetelnie je opisać, popierając stosownym dementi do światowej federacji tenisowej ze strony PZT. Które to pewnie nie nastąpi, ale inercja w tenisowym związku to osobny temat.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL