fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Babska szychta. Kobiety w kopalniach

27-letnia Anna Wolf jest sztygarem. Mężczyznom w kopalni trudno się było z tym oswoić
materiały prasowe
Kilka lat temu, gdy Polska zgodnie z unijnymi wymogami zniosła zakaz pracy kobiet pod ziemią, górnicy uśmiechali się z politowaniem
Tekst z tygodnika "Uważam Rze"
Doskonale pamiętam górnika w Bogdance, który po moim wyjeździe spod ziemi popatrzył na mnie ze zdziwieniem, przeżegnał się, potem siarczyście zaklął i powiedział: „Baba pod ziemią, czyli wypadek będzie". Paradoksalnie bowiem jedyną „górniczą kobietą" akceptowaną w środowisku jest patronka branży, czyli św. Barbara. Sytuacja powoli zaczyna się jednak zmieniać. Co prawda w myśl międzynarodowych przepisów panie nadal nie mogą bardzo ciężko pracować fizycznie, np. na przodku, czyli w jednym z najtrudniejszych miejsc w kopalni, gdzie udostępnia się pokłady węgla czy miedzi, ale nie ma za to żadnych przeciwwskazań, by zostawały np. sztygarami i nadzorowały pracę górników lub prowadziły pomiary wodne i geologiczne.
Zwłaszcza że nie obowiązuje już w Polsce Konwencja Międzynarodowej Organizacji Pracy nr 45, a od 25 lipca 2012 r. przestał wiązać Rzeczpospolitą Polską art. 8 ust. 4 pkt b Europejskiej Karty Społecznej, który również mówił o zakazie pracy pań w kopalniach na dole. Sprawdziliśmy, jak kobiety radzą sobie w polskich kopalniach węgla kamiennego, gdzie dotychczas najczęściej można je było spotkać raczej na tzw. płuczce, czyli w zakładach przeróbki mechanicznej węgla, które znajdują się na powierzchni.

Powolne oswajanie

W zatrudniającej prawie 60 tys. ludzi Kompanii Węglowej kilkadziesiąt pań, które spotkać można na głębokości kilkuset metrów, to głównie geologowie. Sztygarów w spódnicach brak. Na razie. Za to prezesem tej największej w UE spółki w branży jest kobieta – Joanna Strzelec-Łobodzińska, była wiceminister gospodarki odpowiedzialna za górnictwo. To pierwszy węglowy szef w spódnicy w naszym kraju. Z kolei w Jastrzębskiej Spółce Węglowej pań, o których można powiedzieć, że regularnie zjeżdżają do pracy na dół, jest 10. Na najgłębszym poziomie wydobywczym w Polsce, który znajduje się w kopalni Budryk w Ornontowicach, należącej do JSW, czyli na głębokości 1290 m, na razie były tylko dwie kobiety – ja i Monika Krasińska z Radia Katowice. – Mamy obecnie 10 pań, które posiadają uprawnienia dołowe i z nich korzystają. Jaki to odsetek? Zapewne niepowalający, bo zatrudnionych na dole mamy 18 167 osób. Trzy panie pracują w dziale mierniczo-górniczym, dwie panie w przygotowaniu produkcji, jedna pani jest geologiem, jedna zajmuje się tąpaniami, dwie są w ochronie środowiska i jedna to pani nadsztygar górnicza – wylicza Agnieszka Barzycka z JSW. Tym nadsztygarem jest Edyta Urbaniec. Oznacza to, że nadzoruje ona pracę górników. Podobnie jak Anna Wolf, 27-letnia sztygar wentylacji w kopalni Murcki-Staszic należącej do Katowickiego Holdingu Węglowego (na 2306 pracowników dozoru tylko 14 z nich to kobiety). – Pewnie, że są głosy krytyki. Baba? Jak ona może rządzić facetami? Na czym ona się zna?! – mówi „Uważam Rze" Anna Wolf. – Ale są też tacy górnicy, którzy by chcieli, żeby ich grupą kierowała kobieta, bo uważają, że lepiej się dogadają – dodaje. Czy potrafi tupnąć nogą, kiedy trzeba? – Oczywiście, przecież jestem kobietą – mówi Wolf. Czy czuje, że rządzi górnikami? W pewnym sensie. Zwłaszcza że oprócz pracowników wentylacji ma też pod sobą oddział ratowników. Co robi, by przekonać do siebie panów? – Pracuję dopiero dwa lata. By poznać te wszystkie „myki" górnicze, potrzeba trochę czasu. I chyba nie jest łatwiej, bo poznali już moje słabości i wiedzą, jak mnie podejść, i potrafią to wykorzystać. Na przykład próbują zmiękczyć moje serce słodyczami. Myślą, że jeśli przyniosą czekoladkę, to dostaną jakąś lżejszą robotę – zdradza Wolf. – A za plecami często słyszę, jaka to jestem wspaniała, byle bym już tylko ich do domu puściła – śmieje się, ale dodaje, że górnicy coraz częściej patrzą na nią jednak jak na sztygara, a nie babę. – Podoba mi się ta praca, mam ciągły kontakt z ludźmi, nie wyobrażam sobie siedzenia za biurkiem – dodaje pani sztygar. Grażyna Kubisty, inspektor ds. tąpań w kopalni Mysłowice-Wesoła, zjeżdża na dół kilka razy w miesiącu od pięciu lat. – Studiowałam geofizykę i zaciekawiło mnie górnictwo, zdecydowałam się na pracę w kopalni – opowiada.

Hart, miłość i stereotypy

– Gdybym nie była twarda, to bym w kopalni długo nie zabawiła, a mężczyźni upchnęliby nas w szufladę typu sekretarka albo pani z ładnymi nogami. Nie zastanawialiby się nad tym, że ta pani na przykład ma jakąś wiedzę. Chyba musi jeszcze minąć kilka pokoleń, by górę wzięła strona merytoryczna, a nie stereotypy – opowiada Joanna Dziurdzikowska, inspektor ds. szkód górniczych w kopalni Wujek. Studiowała na Politechnice Śląskiej i po miesięcznych praktykach na dole, a potem stypendium z Wujka, postanowiła pójść za ciosem i zostać w górnictwie. – Pochodzę z rodziny górniczej, więc większego zdziwienia nie było – dodaje. – Wśród samych facetów trzeba być twardym – uważa z kolei Anna Wolf i dodaje, że jeśli usłyszy głosy krytyki, to jeszcze bardziej ją to motywuje. Klaudia Kot, mierniczy w kopalni Mysłowice-Wesoła, opowiada: – Zawsze w podświadomości jest to ryzyko, jakie niesie ze sobą zjazd na dół, ale staram się o tym nie myśleć – opowiada. A nastawienie górników do pracy z kobietami nazywa mitem. – Z mężczyznami w ogóle łatwiej się dogadać niż z kobietami. Tam na dole chyba się już ze mną oswoili – uważa. Aleksandra Schmidt jest geologiem w kopalni Wujek. – Nigdy nie spotkałam się z żadnym niemiłym komentarzem, a pracuję już w sumie 12 lat na Ruchu Śląsk (część kopalni  Wujek znajdująca się w Rudzie Śląskiej – przyp. red.) – opowiada. Dodaje jednak, że woli pracę na powierzchni niż na dole, ale bynajmniej nie przez to, że pracuje z mężczyznami. I nie dlatego, że o Ruchu Śląsk było głośno w 2009 r. po katastrofie, która kosztowała życie 20 górników. – Nie myślę w tych kategoriach – zapewnia. – Mija 10 lat mojej pracy i w tym czasie nikt nigdy nie powiedział mi, że na czymś się nie znam. To babskie nastawienie „anty" do facetów nie jest w tym przypadku konieczne. Przecież nie jest tak, że dostajemy medal za samo to, iż zjeżdżamy na dół. To, że zjeżdżamy, jest naszą pracą, tak jak ich – mówi nam z kolei Daria Kucharczyk-Kwaśniewska pracująca jako geolog w należącej do Katowickiego Holdingu Węglowego kopalni Wujek, która teraz pod ziemię zjeżdża średnio co drugi dzień, bo trwa rozpoznanie nowego złoża węgla. – Nasza praca to ogromna odpowiedzialność: za to, by spółka nie utopiła ogromnych pieniędzy, i za to, by ludzie byli bezpieczni. Dlatego trzeba patrzeć na to, co kto umie, a nie na to, czy jest kobietą, czy mężczyzną – mówi. – Nie powiem, że zakochałam się w mojej pierwszej kopalni, ale w tym zawodzie po prostu „coś jest". Ja tak mam, że jeśli już mnie wszystko denerwuje, mówię: „A, jadę na dół" – przyznaje. – Zdarzyło mi się wyjeżdżać z dołu z grupą pracowników, którzy akurat kończyli szychtę, ale wtedy nie wchodzę w polemikę – opowiada Katarzyna Dębska, która pracuje w oddziale ochrony środowiska w kopalni Wujek na dole od ponad pół roku, a pod ziemię zjeżdża kilka razy w miesiącu. Szczegółów zdradzać nie musi. Teksty o wspólnej kąpieli w łaźni i szorowaniu pleców to coś, do czego trzeba przywyknąć. I puszczać mimo uszu tudzież zostać mistrzem ciętej riposty, bo w większości takich przypadków górniczy chojracy szybko milkną. – Panowie nawet nie wiedzą czasem, że w każdej kopalni jest damska łaźnia i ich szczera chęć pomocy jest po prostu zbędna – śmieje się Anna Wolf. Mężczyźni często ich pytają, czy się boją. – Odpowiadam, że tak – jak każdy. Słyszę wtedy, że pewnie tych dużych kopalnianych szczurów – opowiada Daria Kucharczyk-Kwaśniewska. – Nie ma zrozumienia, że chodzi o zagrożenia takie jak metan, wybuch pyłu węglowego czy tąpania, czyli normalne niebezpieczeństwa towarzyszące pracy w kopalni. Na Księżycu już ktoś był, a w nowym wyrobisku, którym idziemy, jeszcze nie, więc różne rzeczy mogą nas spotkać. No, ale według panów dla kobiety głównym zagrożeniem są szczury... – śmieje się. Anna Wolf mówi, że zjazdów się nie bała. Na początku trudna była dla niej tylko zmiana ciśnień zatykająca uszy podczas podróży szolą (górnicza winda). – W życiu bym nie pomyślała, że trafię do górnictwa. W życiu! – przekonuje Anna Wolf. – Składałam papiery na budownictwo, ale się nie dostałam. Przy tych egzaminach, które zdałam, zostały mi górnictwo albo zarządzanie i marketing. Ten ostatni kierunek w ogóle mnie nie przekonywał, więc wybrałam górnictwo – opowiada. Na pierwszym roku studiów zjechała do kopalni Murcki i – jak sama przyznaje, po prostu się zakochała. – Ale moja mama jest przerażona. Muszę się jej odmeldowywać po każdym wyjeździe na powierzchnię – opowiada. A gdyby zaproponowano jej pracę na górze? – To by mnie unieszczęśliwili – ucina Wolf. Zapewnia, że do „sztygarki" i „sztygarówny" już po prostu przywykła. Jeśli jednak cierpliwość się skończy, to i przekleństwa polecą... Gdy pytam o zarobki, górniczki mówią niechętnie. Przyznają, że zarabiają mniej niż mężczyźni. – Tego nie da się utrzymać w tajemnicy, pracując razem – mówi jedna z nich. I do tego jednak już przywykły. Katarzyna Dębska zdradza, że to właśnie ze względów finansowych zdecydowała się na zjazdy pod ziemię. – Wypłata pracowników dołowych jest wyższa – przyznaje. – Na tym samym stanowisku może i różnic nie ma, ale  mam wrażenie, że panowie po prostu awansują szybciej – tłumaczy Aleksandra Schmidt. – W kadrach często słyszymy, że mężczyzna jest dołowcem, a kobieta to osoba prowadzona na dole. Niby niuans, ale wiele tłumaczy – zauważa Daria Kucharczyk-Kwaśniewska. – Wprost nigdy nam nikt tego nie powie, ale to jest tak, że „jak na kobiety w górnictwie, to i tak zarabiamy nieźle". Październik 2012
Źródło: Uważam Rze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA