fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Prawo prasowe

Podejrzany w prasie nie jest anonimowy

Osoby oskarżone powinny być tak opisywane, by nie można ich było rozpoznać. Często ochrona ich danych to fikcja
„Katarzyna Plichta – przeszłość, rodzina. Kim jest żona Marcina P. i jak się poznali" – tak brzmi tytuł artykułu w jednym z tabloidów. Na jego podstawie łatwo się domyślić, jak ma na nazwisko zamieszany w aferę Amber Gold.
– Nie wiadomo, jak o tej sprawie dziennikarze mają pisać. By nie złamać prawa prasowego, właściwie wypadałoby nie pisać w ogóle. Nie sposób bowiem przedstawić zamieszanego w aferę tak, by nie było wiadomo, o kogo chodzi. Jestem jednak przekonany, że gdyby sprawa trafiła do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, dziennikarz piszący o Marcinie Plichcie by wygrał – mówi Michał Zaremba z Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.
Podobnie pisano o małżeństwie Waśniewskich. Obok imienia Katarzyny stawiano tylko pierwszą literę nazwiska, ale jej męża Bartka przedstawiano już pełnym nazwiskiem. Tyle że oni sami podawali swoje dane w telewizji i w świetle reflektorów prezentowali twarze.
– W myśl zasady „chcącemu nie dzieje się krzywda" o Katarzynie Waśniewskiej można pisać z imienia i nazwiska – mówi Michał Zaremba.
O znanej piosenkarce i jej kłopotach z wymiarem sprawiedliwości pisano, publikując obok jej zdjęcie z psem, który był adresatem przesyłki z narkotykami.
– Jednak zgodnie z prawem nie wolno publikować w prasie danych ani wizerunku osób, przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe – tłumaczy prof. Jan Błeszyński.
I dodaje, że o takich osobach powinno się pisać w sposób uniemożliwiający ich rozpoznanie, chyba że wyrażą zgodę na publikację ich danych. Obowiązuje bowiem zasada domniemania niewinności.
– Uzus jest taki, że dziennikarze podają imię i inicjał nazwiska. To niezbyt właściwe, gdyż imię może identyfikować osobę, jeżeli jest rzadko spotykane, np. Esmeralda – mówi prof. Jacek Sobczak, sędzia Sądu Najwyższego.
W prasie popełnia się jeszcze inny błąd. Pisze się np. o poruczniku Mirosławie H., synu polskiego kosmonauty, czy Przemysławie W., synu prezydenta.
– Przez dane osobowe należy rozumieć wszelkie informacje umożliwiające identyfikację. Należą do nich nie tylko imię i nazwisko, dane o dacie i miejscu urodzenia czy zamieszkania, lecz także inne, dotyczące np. stosunków rodzinnych, zawodu czy miejsca pracy, które umożliwiają identyfikację osoby w danym środowisku – tłumaczy adwokat Krzysztof Czyżewski.
– Również kontekst sytuacyjny nie powinien pozwalać na zidentyfikowanie osoby –dodaje radca prawny Agnieszka Rabenda-Ozimek.
Przemysława W. media przedstawiały z reguły jako syna prezydenta
Dziennikarze mają często dylemat, czy podawać dane osobowe, czy nie. Jeśli wskutek dziennikarskiego śledztwa wytropią aferę, mogą podawać nazwiska osób w nie zamieszanych. Ale po wszczęciu postępowania powinni tego zaniechać.
– Od momentu wszczęcia przez prokuraturę śledztwa, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, o podejrzanym pisać z imienia i nazwiska już nie można – mówi Michał Zaremba.
W tej sytuacji najlepiej wystąpić do sądu lub prokuratora o zgodę na ujawnienie personaliów. Tyle że w dobie Internetu media nie chcą czekać.
Jak wskazuje prof. Sobczak, nie ma wyjątku dla osób znanych – polityków czy piosenkarzy. Każdy, kto chce o nich pisać, powinien wystąpić o zgodę do sądu lub prokuratora. Może to zrobić nawet telefonicznie lub e-mailem.
Są jednak i tacy, którzy nie zgadzają się na ukrywanie ich personaliów. Tak np. Ryszard Krauze nie chciał, by przedstawiać go jako Ryszarda K., bo czytelnicy utożsamialiby go z przestępcą. Zapowiedział, że jeśli media będą go tak przedstawiać, wytoczy im proces.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA