fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Odpowiedzialność zbiorowa

PAP, Zbigniew Matuszewski Zbigniew Matuszewski
Przeciw rozliczeniu komunizmu występowali ludzie, którzy swoją pozycję w III RP zawdzięczali swoim PRL-owskim układom. Swoim i swoich rodziców
Tekst z tygodnika Uważam Rze
Jedno z głównych tabu obowiązujących od początku III RP wyrastało z lęku przed zjawiskiem nazywanym „zbiorową odpowiedzialnością". Czy rzeczywiście było się czego bać? W cywilizowanym świecie nie istnieje taka odpowiedzialność ani nawet jej rzecznicy. W Polsce także nie sposób ich uświadczyć. Z czym więc tu walczyć?
Podobno jednak miała nam ona grozić. Tak jak polska megalomania czy radykalny nacjonalizm, z którymi walczono tym intensywniej, im trudniej je było wypatrzyć. Tyle że w III RP zbiorową odpowiedzialnością nazwane zostało odsłanianie środowiskowych czy rodzinnych powiązań jej liderów czy też osób publicznych. Czyli zakazane zostało pokazywanie naturalnego środowiska, które kształtuje postawy i zachowania człowieka.
Karmiono nas absurdalnymi uzasadnieniami, że nie ma i nie powinno to mieć żadnego znaczenia. Człowiek w tej wersji infantylnego liberalizmu miał być samotną i niepowiązaną z niczym monadą. Próba zobaczenia go w jego społecznym zakorzenieniu była egzorcyzmowana jako stosowanie odpowiedzialności zbiorowej. Jakby pokazanie elementarnych uwikłań grupowych było równoznaczne z domaganiem się wytoczenia z ich powodów sądowych procesów.
W efekcie zakwestionowane zostały elementarne socjologiczne prawidłowości, a rzeczywistość III RP pozostaje prawie nieopisana. Zupełnie incydentalnie pojawiają się prace pokazujące rodowód elit nowej Polski, z których, jak z pracy pod redakcją prof. Jacka Wasilewskiego, mogliśmy się dowiedzieć o tym, że są one w głównej mierze przedłużeniem nomenklatury PRL. I to jest przyczyna anatemy, którą obłożona jest próba pokazania korzeni i cyrkulacji elit w Polsce powojennej. Niejedyna to zresztą biała plama naszej najnowszej historii i niejedyne tabu.

Białe plamy polskiej pamięci

Podejście to wpływa na bardzo specyficzny dziś w Polsce stan nauk społecznych, zwłaszcza socjologii i historii. Brakuje nam prac dotyczących naszych najnowszych dziejów, a dziedzina ciesząca się na świecie tak wielką popularnością jak biografistyka prawie nie istnieje. W krajach zachodnich każda trochę bardziej znacząca postać od razu doczekuje się książkowych biografii. Natomiast najbardziej znaczące dla budowy III RP osobistości mają wprawdzie swoje
kapliczki, w których są regularnie okadzane, ale z wiedzą o ich życiorysach jest bardzo krucho. Weźmy ciekawą i znaczącą postać Bronisława Geremka, który zginął tragicznie cztery lata temu. Jego życie jest zamknięte, co dodatkowo powinno prowokować autorów jego potencjalnej historii. Tymczasem mamy fundację jego imienia czy też inne obiekty nazywane ku jego czci, ale jego biografia nie powstała i nie słychać, aby się na to zanosiło. Podobnie jest z postacią Jacka Kuronia, który umarł osiem lat temu, nie mówiąc już o żyjących jeszcze bohaterach naszej historii.
Jeśli jednak widzimy, co spotyka odważniejszych historyków i autorów, którzy próbują zmierzyć się z tym wyzwaniem: Sławomira Cenckiewicza, Piotra Gontarczyka, Pawła Zyzaka, Romana Graczyka czy Lecha Kowalskiego, to przestajemy się dziwić wstrzemięźliwości polskich twórców i wydawców.
Jak pisać biografie zgodnie z zasadami poprawności politycznej, gdzie po prostu ominięte zostały wszystkie kontrowersyjne elementy, pokazał Jan Skórzyński w swojej książce o Lechu Wałęsie pt. „Zadra". Skoro jednak mało kto gotowy jest iść tą drogą, luki na polskim rynku wydawniczym i w naszej najnowszej historii ciągle straszą. Zresztą tego typu prace i tak by ich nie wypełniły.
O najważniejszym historycznym momencie załamania się komunizmu jedyną poważną książką pozostaje „Reglamentowana rewolucja" Antoniego Dudka. Publikacja atakowana m.in. za pokazanie tajnych rozmów Adama Michnika z przywództwem sowieckiej partii w Moskwie 1989 r. Co znamienne, autorowi nie zarzucano, że napisał nieprawdę. Atakowano go za upublicznienie faktów. Dość częsty to przypadek w III RP.
O ile jednak o pewnych osobach i sprawach pisać nie wolno, o tyle o innych pisać można wszystko. Znaczącą próbkę tego dał ostatni numer „Newsweeka".

Metoda Lisa

Dokonuje on lustracji ojca Jarosława Kaczyńskiego. „Kim był ojciec Kaczyńskich" – intryguje nas okładka tygodnika. Z artykułu nie dowiemy się wprawdzie, „kim był", natomiast redakcja postara się, aby w głowach utrwaliło się nam coś innego. „O jego pamięć nigdy nie zadbała najbliższa rodzina. Nie chciała zadbać" – wytłuszcza najważniejszą tezę. I już wiemy, po co powstał kuriozalny tekst zatytułowany: „Ojciec braci".
Wyeksponowane są w nim następujące „fakty": „Boże, uchroń Polskę przed moimi synami narwańcami – miał kiedyś powiedzieć Rajmund Kaczyński". I jeszcze: „Niby dumny z synów, wciąż miał do nich pretensje". „Miał" coś powiedzieć –  to stwierdzenie warunkowe, za które nie powinien skazać żaden sąd, ważne, aby pozostało w świadomości czytelników. Tak jak anonimowa i pozbawiona treści deklaracja o „pretensjach".
Z artykułu dowiemy się jeszcze o komunistycznej kolaboracji ojca Kaczyńskich. Wprawdzie nie ma żadnych danych, że był on członkiem PZPR, ale przecież mógł być. Oto zdanie, które powinno wstrząsnąć: „Z całą pewnością Rajmund nie był też kimś, komu wpadłby do głowy pomysł obalania komunizmu".
Niby skąd autor, Cezary Łazarewicz, wie o tym, co znajdowało się w głowie ojca Kaczyńskich,  i to dodatkowo „z całą pewnością"? Ano stąd, że uczelniana organizacja partyjna wydawała Rajmundowi Kaczyńskiemu dobrą opinię, która umożliwiała mu wyjazdy na zagraniczne kontrakty. Otóż z całą pewnością stwierdzam, że na kontrakty takie wyjeżdżało wielu ludzi, którzy marzyli o obaleniu komunizmu, a często zakładowa organizacja partyjna, zwłaszcza w takich kwestiach, ulegała presji środowiskowej.
Tekst w „Newsweeku" wart jest czytania wyłącznie jako eksponat z muzeum kampanii nienawiści, jaką przeciw PiS, a zwłaszcza Kaczyńskim, rozpętał salon III RP. Ma na celu rzucić cień na rodzinę swojego głównego wroga – jego ojciec wprawdzie walczył w powstaniu warszawskim, został nawet odznaczony Krzyżem Virtuti Militari, ale potem, popatrzcie, wcale nie był taki święty – ale przede wszystkim pokazać, jak paskudny jest Kaczyński, który nawet nie dba o pamięć o ojcu. Nieprzypadkowo artykuł ten sąsiaduje z innym – o wysypie pomników smoleńskich, które różni, świeccy i duchowni, PiS-owcy usiłują instalować, gdzie tylko mogą (o tym, że władze robią wszystko, aby nie upamiętnić ofiar tragedii, w tekście już nie ma). Zestawiając postawę wobec ojca i smoleńskich ofiar, czytelnik ma sobie wyrobić opinię o hipokryzji Kaczyńskiego.
Nie ponosimy winy za to, co robili nasi przodkowie, ale nie da się powiedzieć, że nie ma to wpływu na nasze postawy
To kolejne tego typu przedsięwzięcie ze strony nowego naczelnego „Newsweeka", który informację o dziadku z Wehrmachtu Donalda Tuska uznawał za największą zbrodnię III RP. Jest w tym idealnym wręcz reprezentantem swojego środowiska. Nigdy zresztą niczym innym nie był i nie będzie. To jednak nie hipokryzja, do której – i to w najwyższym stężeniu – przyzwyczaił nas już salon III RP, jest w tej sprawie najważniejsza. Ciekawsze jest pytanie, na ile media powinny i mogą analizować życie środowiskowe oraz rodzinne swoich bohaterów czy może raczej ofiar.

Rodzice i dzieci

Wróćmy do sprawy dziadka z Wehrmachtu Donalda Tuska. Czy powinna zostać ona podana opinii publicznej? W Stanach Zjednoczonych uznano by to za oczywistość. Obywatele mają prawo znać dzieje rodzinne swoich potencjalnych reprezentantów. Co zrobią z tą wiedzą, jest już ich sprawą. Nie oznacza to, że automatycznie musimy kopiować amerykańskie wzory, warto jednak, abyśmy zastanowili się nad ich znaczeniem. Limitowanie wiedzy obywateli na temat ich przedstawicieli staje się ograniczaniem demokracji, pozbawia bowiem wiedzy, na podstawie której mogą oni dokonać wyboru. Istnieją, oczywiście, prywatne sprawy dotyczące rodziny w sposób – wydawałoby się – niekwestionowalny niewpływające na ocenę danej postaci, które z tego powodu nie powinny stać się obiektem zainteresowania mediów. Czy należy jednak do niej udział dziadka w obcej armii?
Sprawa ta pozostaje kontrowersyjna, a fakt, że ogłosił ją polityk z konkurencyjnej partii, pogłębia jej dwuznaczność. To naturalne, że Tusk nie odpowiada za swojego dziadka (również za ojca czy matkę), zwłaszcza że trudno kogoś obciążać samym faktem wcielenia do niemieckiej armii. Tuska obciąża to, że – jak wszystko na to wskazuje – mówił nieprawdę w tej sprawie. To już jednak inna kwestia.
Jeśli jednak nie ponosimy winy za to, co robili nasi przodkowie, to nie sposób powiedzieć, że ich dzieje nie mają wpływu na nasze postawy. Trudno czasami określić, jakie będą to konsekwencje, ale że będą, to oczywiste. We wszystkich mitologiach, które stanowią ujęte w opowieść fundamentalne doświadczenie wspólnoty, istotnym elementem są niezawinione, dziedziczone po przodkach grzechy. Z problemem tym konfrontowali się greccy tragicy, a po nich cała poważna literatura Zachodu. Dla współczesnej, sekularnej świadomości oznaczać to może choćby, że zawsze będziemy musieli zmagać się z efektami działań naszych przodków. Dzieci nazistowskich zbrodniarzy próbowały na różne sposoby uporać się z ich ponurą pamięcią. Można jednak wątpić, czy równie gremialnie potępiliby swoich rodziców, gdyby nazizm nie został wcześniej powszechnie i radykalnie napiętnowany. Zwykle zresztą nie wymagamy tego typu zachowań od dzieci. To zrozumiałe nastawienie oznacza równocześnie, że dostrzegamy istotny związek, który buduje to pokrewieństwo. A więc że w wypadku osób publicznych o takich sprawach wiedzieć powinniśmy.

KPP w III RP

Swojego czasu Kaczyński rozpętał burzę, stwierdzając, że mentalność Komunistycznej Partii Polski przetrwała do dziś i jej dziedzice, tak jak poprzednicy, odrzucają polskość. Paweł Śpiewak w książce „Żydokomuna" uznał taki pogląd wyłącznie za antysemicki stereotyp. Jeszcze przed jej ukazaniem się polemizowałem z takim myśleniem opublikowanym w „Arkanach" w artykule „Polska, antysemityzm, lewica", którego skrót ukazał się w minionym roku w „Plusie Minusie". Środowisko wyrastające z dawnych rodzin KPP-owskich, głównie o żydowskich korzeniach, nie tylko przetrwało PRL, ale także nadal istnieje jako grupa o silnej tożsamości zorganizowana wokół „Gazety Wyborczej".
O ile przodkowie jej reprezentantów odrzucili żydowskość, przystępując do komunizmu, o tyle dzieci po zakwestionowaniu komunizmu (środowisko to stanowiło istotny ośrodek autentycznej opozycji) wprawdzie do żydowskości nie wróciły, ale swoją tożsamość budują na rezerwie wobec tradycyjnej polskości.
Nie ma w tym żadnego fatalizmu, tylko mechanizm społeczny. Są ludzie o tym samym rodowodzie, którzy wybrali zupełnie inną drogę. Gdyby jednak komunizm został jednoznacznie potępiony w Polsce – istotnym przeciwnikiem tych rozliczeń było to właśnie środowisko – prawdopodobnie większość z nich wybrałaby inne postawy.
Walka przeciw potępieniu komunizmu nie miała jednak w żadnym razie „etnicznego" charakteru. Przeciw jego rozliczeniu występowali wszyscy ci, którzy swoją pozycję w III RP zawdzięczali swoim PRL-owskim układom. Swoim i swoich rodziców.

Jak rozliczać

W tym sensie ma znaczenie rodzinny rodowód rozmaitych luminarzy III RP. Jeśli są podstawy do przypuszczenia, że ojciec Jana Kulczyka swój majątek uzyskał dzięki układom z wojskowymi służbami komunistycznymi, a jego syn twierdzi, że swój biznes rozpoczął dzięki pieniądzom ojca, to sprawdzenie tego ma znaczenie, tak jak ma znaczenie, w jaki sposób swoją fortunę zrobił najbogatszy Polak.
Kwestie takie należy rozpatrywać indywidualnie i ich uzasadnienie zależy od sposobu ich przedstawienia. Czy powinniśmy zajmować się rodzicami znanej dziennikarki? Jeśli potrafimy wykazać, że ich kariera ma wpływ na prezentowane przez nią poglądy, to tak.
Przywołany artykuł z „Newsweeka" jest lekcją, jak pisać nie powinniśmy nie tylko dlatego, że jest kiepskim dziennikarstwem. Nie ma żadnych przeciwwskazań, żeby zajmować się ojcem lidera PiS, jeśli mamy do powiedzenia coś, co poszerzy naszą wiedzę na temat tej jednej z bardziej znaczących postaci polskiego życia politycznego. Takiego postulatu tekst z „Newsweeka" nie spełnia, a dodatkowo stanowi przykład metody insynuacji, która z założenia ma zdezawuować Kaczyńskiego.
Źródło: Uważam Rze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA